Cypr to taka magiczna wyspa, na którą pojedzie się raz i chce się tam wracać ciągle.. Nie mam pojęcia dlaczego, ale bardzo często myślę o tej wysepce.. Dla mnie to miejsce prawdziwego chillout-u, wyciszenia, nostalgii.. Dlatego na pytanie męża: gdzie chciałabym spędzić w tym roku urodziny bez wahania odpowiedziałam, że tu.. i w dniach 20-27.10.2022r byłam w tym cudownym miejscu, a teraz serdecznie zapraszam Was w tą podróż razem ze mną..

Tak samo jak rok temu, w październiku, ale wtedy do Ayia Napa, a tym razem do Pafos. Jeżeli ktoś z Was wybiera się do Ayia Napa i do tego lubi jazdę rowerem – to zapraszam na mój wpis z zeszłego roku, o tu:

A ja tymczasem spróbuję Was zachęcić do odwiedzenia kolejnego miejsca na tej magicznej wyspie – tym razem będzie to PAFOS i okolice.. no to zaczynamy na lotnisku we Wrocławiu..

Lot mieliśmy bezpośrednio z Wrocławia i już tutaj zaczęło się magicznie. Na samym lotnisku, dosłownie tuż przed wylotem spotkałam przyjaciół moich rodziców z czasów swojego dzieciństwa, z którymi nie widziałam się przynajmniej z 25 lat.. dawno temu nasze drogi się rozeszły, ale w pamięci miałam nasze, a w sumie rodziców częste imprezowania, spotkania, wspólne wyjazdy.. dla mnie niespodzianka ogromna! Okazało się, że też lecą na Cypr, też z Wrocławia, tym samym samolotem, do tej samej miejscowości, ale innego hotelu.. choć mieszkają na stałe na bardzo odległym kontynencie.. ale przecież w życiu nie ma przypadkowych spotkań..

Dolecieliśmy późnym wieczorem i ledwo zdążyliśmy na kolację w hotelu..

..ale wszystko wynagrodził pierwszy poranek i widok za oknem. Przez kilka dni przed wyjazdem sprawdzałam prawie codziennie pogodę na Cyprze i była nieciekawa – deszcze i brak słońca, za to we Wrocławiu cudowna, ciepła jesień. To zapakowałam trochę słońca do walizki i zabrałam ze sobą na Cypr. Pogodę przez cały tydzień mieliśmy wręcz bajkową….

A co różne ‘pedie’ piszą o Pafos?

‘Pafos to miasto znajdujące się na południowo zachodnim wybrzeżu Cypru. Pierwsze oznaki życia na tym terenie sięgają XIV w. p.n.e., natomiast sama miejscowość została utworzona pod koniec IV wieku p.n.e.

Początkowo była podzielona na dwie osady:

  • Nea Pafos oraz
  • Ktima Pafos – inaczej Stare Pafos, dzisiejsze tereny wsi Kuklia

Nea Pafos zostało niestety zniszczone i obecnie można jedynie zobaczyć jego pozostałości. Przy ruinach powstało natomiast Nowe Pafos, czyli obecnie miasto Pafos, które funkcjonuje również pod nazwą Kato Pafos. W czasach hellenistycznych, Pafos nabrało jeszcze większego znaczenia, na chwilę stając się nawet stolicą Cypru. Niestety, na początku IV w. miasto zostało zniszczone na skutek trzęsienia ziemi i choć udało się je odbudować, to nie odzyskało już dawnej świetności.’ – no cóż.. czas zacząć zwiedzać..

Pierwszy dzień upłynął na błogim leniuchowaniu, pływaniu w morzu, opalaniu się i trochę zwiedziliśmy najbliższą okolicę. Rozbroiły mnie te ślimaki.. cała chmara ślimaków….

Postanowiliśmy również wypożyczyć rowery – tak samo jak rok wcześniej w Ayia Napa – więc kolejnego poranka zrobiliśmy to zaraz po śniadaniu..

I to jest w tym całym rowerowaniu najlepsze, że co rusz, jak tylko najdzie ochota, to zatrzymujemy się, plażujemy, pływamy w morzu, zwiedzamy, pijemy kawkę i.. jedziemy dalej. Po drodze minęliśmy zamek tuż nad samym brzegiem morza..

Zamek w Pafos – mały i nie rzucający się w oczy.. ale to miejsce powstało jako fort, chroniący wejścia do portu. Był wielokrotnie niszczony i to co widzimy dziś, to podobno efekt tureckiej odbudowy z 1780r. Zamek otwarty jest codziennie, my jednak na wchodzenie do środka nie zdecydowaliśmy się.

I tym sposobem, mało gdzie zatrzymując się na dłużej, niemniej kąpiąc się w morzu i robiąc kilka przystanków objechaliśmy tego dnia calutkie wybrzeże w Pafos, od Kefalos Beach i Grobowce Królewskie, aż po Pioneer Beach i New Hellenic archeological dig..

..i tam spotkaliśmy się z naszymi towarzyszami podróży..

A gdy zaczynało się ściemniać i pojawił przepiękny zachód słońca – to postanowiliśmy wracać z powrotem – niestety ta nadmorska ścieżka nie jest oświetlana.

I w tym miejscu chciałabym Was zaprosić na krótką rowerową przejażdżkę nad samiuśkim brzegiem – spróbowałam sfilmować drogę powrotną (choć nie było to łatwe), która zajęła nam sporo czasu, ale tutaj znajdziecie ją w pigułce:

Być może tym krótkim filmem zachęcę Was na taką formę wypoczynku.. niemniej już w całkowitych ciemnościach dojechaliśmy do swojego hotelu, ale widoki po drodze były obłędne!

I nastał kolejny poranek.. po śniadaniu i spacerze..

..wzięliśmy rowery i postanowiliśmy tym razem pojechać w drugą stronę, czyli od Kefalos Beach i Grobowce Królewskie w stronę Coral Bay………….. ale niestety nadmorska ścieżka, którą można jechać rowerem skończyła nam się bardzo szybko – przy hotelu Elysium. Nie poddajemy się łatwo i po krótkiej chwili byliśmy już na drodze publicznej i to nią zaczęliśmy jechać. Podobno do Coral Bay kursują regularnie autobusy i być może to byłaby idealna opcja, ponieważ droga dla rowerów skończyła się błyskawicznie, ale zrobiliśmy inaczej. Nie żałuję, bo widoki były cudowne!

Pierwszy przystanek zrobiliśmy przy CafeMe REDBUS – idealne miejsce na odsapnięcie z przepyszną kawą..

Tutaj możecie zobaczyć w wielkim skrócie, jak wygląda droga rowerem od Grobowców Królewskich w Pafos aż do CafeMe REDBUS:

Po krótkim postoju jedziemy dalej..

..a mnie się chce wskoczyć do wody.. ale ta droga nie biegnie przy morzu, niestety, choć widoki są też wspaniałe. W końcu dojechaliśmy do naprawdę ślicznej plaży – w porównaniu z tymi w Pafos – i tu postanowiliśmy spędzić dzień.. To była Potima Beach.. i tym samym nie dojechaliśmy do Coral Bay.

Tuż przy plaży był Sea You Beach Bar gdzie poszliśmy na przepyszny lunch..

Ten dzień był naprawdę fajny, ale czekała nas jeszcze droga powrotna rowerami, a pomału zaczął zapadać zmierzch i znowu w drodze zastał nas zachód słońca..

Już prawie po ciemku dojechaliśmy do naszego hotelu.. i wtedy zdałam sobie sprawę, że jeszcze nie kąpaliśmy się w naszym basenie………… mąż poszedł wziąć prysznic, a ja jeszcze napawałam wzrok takimi oto widokami..

Codziennie wieczorem w naszym hotelu odbywały się różne występy, animacje, przedstawienia i tańce.. więc po całodniowych wyprawach można było odsapnąć przy lampce wina.

A kolejnego dnia były moje urodziny.. 55-te.. Nie mam pojęcia kiedy zleciały te wszystkie lata, dopiero co były 50-te urodziny, które tak niedawno opisywałam na moim blogu, a które spędziłam wraz z mężem na cudownym rejsie po Karaibach – jeżeli ktoś chciałby obejrzeć relację z tego cudownego wyjazdu, to zapraszam na wycieczkę WROCŁAW -> WARSZAWA -> MADRYT -> DOMINIKANA -> MARTYNIKA -> BARBADOS -> GRENADA -> ST. VINCENT -> DOMINIKANA -> MADRYT -> WARSZAWA -> WROCŁAW – Cudowna wyprawa w inny świat..

I nastał 24.10.2022 MOJE URODZINY – tak, jestem skorpionica.. i niby lata lecą, a w sercu wciąż maj. Ten dzień zaczął się cudownie.. od samego rana miałam wspaniały humor, bo czemu mieć zły? Po śniadaniu byliśmy umówieni z przyjaciółmi moich rodziców na wspólną wycieczkę, jak za dawnych młodzieńczych lat.. Pierwsze miejsce to miejsce narodzin Afrodyty! Petra tou Romiou i Aphrodites Beach.. znalazłam nawet na plaży kamień w kształcie serca!

A i pokąpaliśmy się tutaj w morzu.. to właśnie tu, zgodnie z legendą, Afrodyta – bogini piękna i miłości wyłoniła się z morskich fal. To miejsce znajduje się ok. 25 km na wschód od Pafos, przy nadmorskiej drodze nr 86, prowadzącej w kierunku do Limassol. Naprawdę nie sposób nie zauważyć, tą olbrzymią skałę widać już z daleka. Nasz kierowca zajechał na duży parking, gdzie znajduje się restauracja oraz sklep z pamiątkami, za którym znajduje się zejście na samą plażę, wiodące pod główną drogą.

Piękne miejsce na spędzenie 55 urodzin.. do tego te krążące legendy, że:

– jeżeli chcemy się nieco odmłodzić, to powinniśmy opłynąć skałę Afrodyty przy pełni księżyca, ale bardzo ważny jest kierunek, aby efekt nie był odwrotny – niestety nie czekaliśmy tutaj do nocy, poza tym dziś nie było pełni, ale i tak razem z mężem popływaliśmy i zamoczyliśmy się po czubek głowy – niech dzieje się magia.. poza tym trzeba to zrobić: nago i 3 razy! I jeszcze o północy!

– podobno opłynięcie skały Afrodyty przy blasku księżyca, niekoniecznie w pełni, z towarzyszką lub towarzyszem życia zapewni im wieczną miłość – mam nadzieję, że nie przy blasku księżyca zapewni nam to samo..

– szukajcie aż znajdziecie kamień w kształcie serca, a gdy go już znajdziesz i podarujesz ukochanej osobie, to miłość na pewno będzie odwzajemniona – znalazłam kamień i podarowałam.. a potem położyliśmy go tam, gdzie już leżały inne kamienie.. do tego mąż zawiązał na krzaczku jeszcze wstążeczkę z chusteczki – to kolejna legenda, wiecie jaka?

Na sam widok tej wody w tym miejscu ma się ochotę do niej wskoczyć i nieważne legendy, nieważne czy w nie wierzycie czy nie – to na pewno warto tutaj przyjechać. Kolory są zachwycające.. niemniej skała Afrodyty to miejsce, o którym zbyt dużo nie da się napisać, ale można tutaj cieszyć oczy wspaniałymi widokami na widowiskowe formacje skalne i na ten cudowny lazur morza.

Kolejne miejsce gdzie pojechaliśmy to miasteczko Omodos z The Monastery of the Holy Cross, czyli Klasztorem Krzyża Świętego, czyli Timios Stavros Manastery.. przepiękne miasteczko i przepiękny Klasztor.. nie będę się rozpisywać o tym miejscu, ale obejrzyjcie zdjęcia…. naprawdę warto było tu przyjechać..

Niestety czas pędzi jak szalony, więc po krótkim postoju, wypiciu kawy, zwiedzeniu tego urokliwego miasteczka i Klasztoru ruszyliśmy dalej.. Mieliśmy fajnego przewodnika, który opowiadał nam po drodze wiele ciekawostek.

Góry Troodos okazały się naprawdę piękne, a nasz kolejny punkt to wodospad Millomeris Waterfall, do którego wiodła bardzo kręta Millomeris Nature Trail. Sami zobaczcie jakie piękne miejsce..

Już trochę zmęczeni jedziemy dalej. Kourion – bilety wstępu po 4,5 euro – myślę, że warto zobaczyć to miejsce, agorę, teatr, dom Achillesa, ale przede wszystkim te widoki stąd! Były cudowne! No i pomyśleć, że to ruiny antycznego miasta.. że stąpamy po antycznej ziemi..

A na sam koniec tego pięknego dnia poszliśmy w Pafos na starym mieście do świetnej restauracji Christos Grill&SeaFood.

I tu zastał nas kolejny przepiękny zachód słońca.. Takie urodziny mogę mieć co roku!

Stąd postanowiliśmy iść pieszo do naszego hotelu. Droga była dość długa, ale było warto!

A w pokoju czekał na mnie kolejny prezent.. wieczór też był bardzo udany.

Kolejnego poranka pałaszowaliśmy mój prezentos na leżakach, nad samym brzegiem morza.. takie prezenty mogę dostawać codziennie..

Niestety przy naszym hotelu nie było ładnej plaży do pływania w morzu – w ogóle mam wrażenie, że w Pafos mało jest typowych plaż w porównaniu do wschodniej części wyspy w Ayia Napa, dlatego też po 2 godzinach leżakowania wsiedliśmy na nasze bicykle i ruszyliśmy dalej podbijać świat.. Po drodze przyglądałam się jeszcze pasącym się kozom..

Chwila odsapnięcia w morzu.. kąpiel, plażing..

I jedziemy dalej. Dziś w końcu przyszedł czas na zwiedzenie The Nea Pafos Archaeological Site – A World Heritage Site.. kupujemy bilety wstępu – też po 4,5 euro i zaczynamy zwiedzanie.

Tyle razy oglądałam tą piękną latarnię z daleka, że przyszedł w końcu czas na obejrzenie jej z bliska, jak i innych ciekawych tu miejsc.. Lubię zwiedzać archeologiczne wykopaliska.. no to zaczynamy..

Najpierw Odeon i Agora, potem latarnia, Dom Dionizosa i na końcu, albo w środku te słynne mozaikowe posadzki..

A potem Dom Aion-a, Theseus-a, Orpheus-a..

Ten park archeologiczny w Pafos – to podobno teren najważniejszych stanowisk archeologicznych na Cyprze. Znajdują się tutaj wykopaliska z kilku historycznych okresów.. Oprócz ruin, bo uwielbiam mitologię grecką, zachwyciły mnie przepiękne mozaiki podłogowe, które przedstawiają sceny właśnie z mitologii greckiej..

Spędziliśmy tu wiele fajnych chwil, aż przyjechano po nas i kilku innych turystów, z informacją, że zaraz zamykają. Nie żyję z zegarkiem w ręku, a co dopiero na wakacjach……….. na szczęście zobaczyliśmy prawie wszystko. A teraz Wy możecie zobaczyć na zdjęciach, choć wiem, że na żywo wyglądało to o wiele lepiej.. i wychodzimy…………………..

Rowery na nas czekały..

..ale pierwsze kroki skierowaliśmy na lody.. oj, duże były! I pyszne.. takie całe oblane czekoladą.. i żeby sobie w spokoju je zjeść, to przysiedliśmy na murku tuż obok wejścia do The Nea Pafos Archaeological Site i portu.

Port w Pafos – to miejsce pełne sklepów z pamiątkami, kafejek i niedużych restauracji. Cumuje tu sporo jachtów i łodzi rybackich, ale na kolana nie rzuca. Widziałam wiele portów i choćby ten w Ayia Napa był o wiele ciekawszy.

Dosłownie nie minęła minuta, a tuż obok nas Ukraińcy zaczęli rozkładać swoje rzeczy, okazało się, że roznoszą ulotki..

NO WAR!!! Jak najbardziej jestem za.. więc przyłączyliśmy się do nich na chwilę. Od samego początku wybuchu wojny w Ukrainie pomagamy razem z mężem, we Wrocławiu, uchodźcom..

I jeszcze napomknę o nadmorskiej promenadzie. Miejsce idealne na spacerowanie, jedzenie lodów, tak jak my w tej chwili, ale też i na wieczorny chillout. Pięknie stąd widać zachody słońca. W okolicy znajdują się liczne restauracje oraz sklepy z pamiątkami. Chyba to tu wieczorami znajduje się centrum Pafos – imprezy, głośne rozmowy i zapachy z restauracji, koło których ciężko przejść obojętnie.

W tym miejscu, po chwili odspapnięcia i zjedzeniu lodów, siedząc na murku między portem, a promenadą przypomniałam sobie, że przed wyjazdem czytałam o słynnej ulicy w Pafos, o Bar Street – że ponoć kiedyś była to ulica jak Khao San w Bangkoku, Bui Vien w Cho Chi Minh, Pub Street w Siem Reap, czy Walking Street w Pattaya i postanowiliśmy ją znaleźć. I znaleźliśmy, ale to co tu zastaliśmy w niczym nie przypominało tych słynnych ulic…. Aż zaczepiłam przechodnia – sądząc, że to tubylec i nie pomyliłam się – to był tubylec, który potwierdził, że kiedyś to tu się działo…………………. Sami zobaczcie jak ta ulica wygląda dziś..

Zaczynało się ściemniać więc pora pomału wracać. Słońce, plaża, woda, zwiedzanie i jazda rowerem nieco wykańcza, ale tak w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Najpierw trzeba było dojechać do jakiegokolwiek znanego nam miejsca.. minęliśmy po drodze jakiś kościół, ale zupełnie nie mam pojęcia jaki.. niemniej robił wrażenie.

A potem już pomalutku, niespiesznie pojechaliśmy w stronę hotelu..

I nastał kolejny poranek.. śniadanie i heja w drogę gdzie oczy poniosą.. i oczywiście poniosły na plażę.. Ten smak świeżo wyciskanego soku z tych obłędnie nieperfekcyjnych pomarańczy zapamiętam do końca życia – był obłędny! A pomarańcze chyba dziś zrywane, bo jeszcze gdzieniegdzie były świeże listki..

Poplażowaliśmy kilka chwil..

I głód zaciągnął nas do tego niewielkiego baru przy plaży.. serwowali tutaj naprawdę pyszne jedzenie.. Jak będziecie w Pafos i będziecie głodni to zajrzyjcie tutaj na małe lub duże co nieco – Lighthouse Beach Bar..

A potem jeszcze chwilę na ułożenie się jedzenia w brzuszku i znowu w drogę.. Uwielbiam to poczucie wolności i nigdzie nie spieszenia się i robienia tego, na co ma się w danej chwili ochotę – to jest chyba właśnie ta prawdziwa wolność………….

Minęliśmy jakąś galerię handlową – matko bosko! Że ja do niej nie weszłam ani razu toż to szok! Ani razu nie byłam na żadnych targu, ani bazarze.. kolejny szok!

Ale zaraz za nią ukazał się naszym oczom piękny widok.. najpierw na wielki kościół – czasami lubię wejść i zwiedzić od środka – a zaraz potem jakaś olbrzymia kładka tuż nad drogą, a obok niej też ładna budowla. Ciekawość dokąd wiedzie ta kładka zwyciężyła..

Była dość wąska i niekoniecznie chyba nadawała się na jazdę rowerem, ale daliśmy radę, niemniej gdyby był na niej tłok, to pewnie trzeba by było rowery prowadzić..

A na górze? Piękna panorama………………….. jakieś katakumby, wykopaliska, jaskinie..

Spędziliśmy tutaj kilka chwil i wróciliśmy z powrotem tą samą kładką..

..bo już na nią wjeżdżając zauważyłam kolejne jaskinie pod nią.. i oczywiście musiałam tam wejść – ale nie czułam się swojsko, tym bardziej, że byłam sama, bo mąż został na zewnątrz i nie miał ochoty tu zaglądać.. miałam dziwne wrażenie i szybko wyszłam..

Pojechaliśmy dalej, a tu za kawałek drogi kolejne katakumby tym razem Agia Solomoni – z drzewem, a na nim przywiązanymi różnego rodzaju kokardki. Oczywiście, że zeszłam na dół.. wyglądało jakby ktoś dopiero co przed chwilą opuścił to miejsce, a na ścianach pozawieszane były kolejne kawałki materiałów, nawet maseczki.. Początkowo służyły one za grobowce, z czasem została tam wybudowana synagoga, a nawet kapliczka. Często właśnie te katakumby były obierane w średniowieczu za cel pielgrzymek, dlatego chyba na ścianach nadal wiszą malowidła i święte obrazy. Ciężko jest je przeoczyć, dzięki właśnie temu dość intrygującemu drzewu pistacjowemu, na którym zawieszone wszelkiego rodzaju wstążki chronią wejścia.

Potem już powoli, niespiesznie, bez żadnych planów, wróciliśmy do hotelu..

Wieczorem po kąpieli i kolacji relaks przy muzyce na żywo.. przy basenie..

I nastał ostatni dzień.. Nie lubię ostatnich dni – ale ten był wyjątkowy, bo dopiero po 18:00 mieliśmy transport na lotnisko, więc calutki był do wykorzystania. Po śniadaniu pojechaliśmy jeszcze na krótką wycieczkę rowerową i oddaliśmy rowery.. Bye bye bicycle..

Jeszcze kilka zdjęć ze mną w roli głównej i nie tylko ze mną, spakowanie rzeczy i walizki zostawiliśmy w pokoju bagażowym w hotelu, a sami poszliśmy jeszcze na plażę.. Basen mieliśmy naprawdę śliczny, ale naprawdę weszłam do niego tylko raz na chwilę, a mąż w ogóle..

Jak mam do wyboru basen i morze czy ocean, to zawsze wybiorę naturę..

Jeszcze ostatni posiłek przy plaży..

Nasz hotel miał fajną opcję dla osób wylatujących późno – udostępniał pokój kąpielowy, gdzie można było wziąć prysznic, przebrać się i przyszykować do wyjazdu.. można też było przedłużyć pokój, ale po co? Jak i tak byśmy w nim nie siedzieli..

I nadszedł czas wyjazdu..

Po wylądowaniu we Wrocławiu zastała nas dziwna chmura tuż nad lotniskiem, nawet przy lądowaniu pilot mówił, że olbrzymia mgła.. ale to była bardzo dziwna mgła, bo tylko nad pasem startowym i tak jakieś 2-3 metry nad nim na szerokość może 10 metrów, a potem czyste niebo.. Jakby ktoś rozdmuchał coś……………. i tylko nad pasem startowym..

Ale kolejnego dnia pogoda we Wrocławiu była wręcz bajeczna.. bo tak jak wcześniej zapakowałam słońce we Wrocławiu i zawiozłam na Cypr, tak samo zrobiłam tam.. a kolejnego dnia już w domu delektowałam się cypryjską kawą z tygielka.. i przegryzałam czekoladę z karobu.. Ouzo zostawiliśmy sobie z mężem na wieczór..

Jeżeli byliście na Cyprze i widzieliście inne rzeczy niż ja w okolicy Ayia Napa czy Pafos, które Was zachwyciły – to podzielcie się w komentarzu – chętnie tam pojadę i obejrzę.. bo jestem bardziej niż pewna, że tu wrócę…. a jak Wam się coś nie spodobało czy rozczarowało, to też napiszcie – spróbuję tego uniknąć..

Dodaj komentarz