Uwielbiam wracać tam, gdzie było mi dobrze i gdzie byłam szczęśliwa i dlatego w styczniu 2022r postanowiliśmy z mężem wrócić po 8 latach na Sri Lankę. Czy się zmieniła? Hmm.. i tak i nie.. na pewno ja się zmieniłam.

Tym razem jechałam tam z zupełnie inną świadomością i wiedzą na temat tego kraju, ludzi, ale i Ajurwedy, którą poznałam w 2011r w Indiach, a w 2014r zakochałam się w niej właśnie na Sri Lance.. Przez ten cały czas w głowie miałam cudowne ajurwedyjskie zabiegi, a zwłaszcza masaże. Inne niż w Tajlandii i inne niż gdziekolwiek indziej. Masaże ajurwedyjskie są przede wszystkim lecznicze, ale mogą być też relaksacyjne. To tak jak z medytacją – która nigdy nie będzie modlitwą, ale modlitwa może być medytacją..

Akurat byłam w trakcie mojego kursu na konsultanta i terapeutę Ajurwedy, dlatego ten wyjazd był bardziej duchowo-zmysłowy. Dlaczego? Bo mając inną wiedzę i świadomość wiele rzeczy odbieramy inaczej.. a gdy jeszcze kochamy tą inność, to już w ogóle tworzy się bajka…………. A Ajurweda jest praktycznie na każdym miejscu w tym pięknym kraju.

Podróż o smaku herbaty z cynamonem.. no to zaczynamy..

Z Wrocławia pojechaliśmy samochodem do Warszawy.. uwielbiam ten moment kiedy zaczyna się podróż – włącza się wtedy u mnie ekscytacja i niesamowita ciekawość..

Z Warszawy bezpośrednim lotem polecieliśmy prosto do Kolombo – stolicy Sri Lanki.

Na lotnisku w Kolombo wciąż witano Nowy Rok..

Już pierwszego dnia żal było siedzieć w hotelu i wyruszyliśmy na zwiedzanie tego miasta, choć hotel był fajny i aż chciałoby się odpocząć po podróży..

Kolombo jest bardzo gwarne i ruchliwe, ale też w jakiś sposób majestatyczne i dostojne. Bardzo kolorowe, ale i brudne.. takie jakie zapamiętałam przed 8 laty, choć przybyło wieżowców i wciąż widać wznoszące się kolejne budowle. Tutaj na każdym kroku widać kolonialną przeszłość, która przeplata się z nowoczesnością. Ekskluzywne przedmieścia gdzie swoje miejsca zajęły liczne ambasady oraz elitarne szkoły na przemian z zatłoczonymi dzielnicami handlowymi i portowymi .

Zaczynamy zwiedzanie.. Colombo Fort – gdzie znajduje się dworzec autobusowy i kolejowy i gdzie od dawna nie ma już żadnego fortu, ale nazwa została, Clock Tower, która kiedyś służyła jako latarnia morska, Pałac Prezydencki – to dzielnica o nazwie Fort lub Colombo-1, gdzie znajdują się hotele, budynki rządowe, banki i restauracje.

Następnie mijamy dzielnicę bazarową Pettah pełną wąskich i tematycznych uliczek, gdzie praktycznie można kupić wszystko – miejsce non stop kipiące życiem, a tam The Jumiul Alfar Mosque (Dżami U-l-Afar) – czerwono biały budynek cały wyłożony mozaiką, zwany Czerwonym Meczetem..

Następnie mijamy Ratusz Miejski, przepiękną Murugan Hindu Temple z przepięknymi rzeźbieniami świątynia, kościół Wolvendhal – pozostałość po Holendrach zwany Doliną Wilków, mimo, że tutaj wilków nie ma, to pomylono je z grasującymi w okolicy szakalami i na ich cześć powstała ta nazwa i w końcu docieramy do najbardziej ekskluzywnej dzielnicy Colombo o nazwie Cinamon Gardens – Ogrody Cynamonowe.

Na naszej trasie znalazły się też Bandaranaike Memorial International Conference Hall – prezent od Chin oraz replika posągu Buddy Aukana, który ‘zjada słońce’, budynek Parlamentu, przepiękna świątynia na jeziorze Seema Malaka Temple oraz Independence Memorial Hall i jeszcze kolejna cudowna hinduistyczna świątynia z daleka widoczna o niebieskim kolorze Katiresan Kovil z mnóstwem postaci na elewacji..

..a w końcu lądujemy mocno już zmęczeni nad samym brzegiem morza, na promenadzie zwanej Galle Face Green, na cudownym deptaku, gdzie rozkoszujemy się przysmakami, ichniejszymi fast foodami (oj, takie fast foody mogłabym jeść codziennie!) oraz cudownymi widokami. Mieszkańcy często puszczają tu latawce, grają w krykieta, spacerują i piknikują. 8 lat temu nie było tutaj pewnej budowli, która powstaje nad samym wybrzeżem: Colombo Port City – miasto na wzór Dubaju.. widać, że prace są w toku. Inwestycja ma przyciągnąć zagraniczne firmy i inwestorów – czy to jest potrzebne? Ma tu zamieszkać około 80.000 ludzi – ale co ciekawe, to, że ten projekt był po raz pierwszy zaprezentowany w 2014 roku kiedy pierwszy raz byłam tutaj na Sri Lance.. wtedy był tylko projektem, a teraz faktycznie budowa ruszyła.. Budowa ma trwać 25 lat, a teren w dużej mierze został wydzierżawiony zagranicznym firmom na okres kilkudziesięciu lat. Niestety budowa tego miejsca powstaje w dużej mierze na piasku odzyskanym z morza, do tego Sri Lanka korzysta z usług chińskich firm, które przejęły ponad 40% terenów w ramach 99-letniej dzierżawy, co nie wszystkim się podoba – obawy obejmują głównie oddziaływanie na środowisko, ale też to, że coraz większy udział Chin niepokoi mieszkańców Sri Lanki oraz Indii.

Mówi się, że Colombo to miasto z bardzo bogatą, burzliwą i wielokulturową przeszłością, to mimo tego nie znajdziemy tutaj zbyt wielu zabytków czy świątyń, ale i tak 1-2 dni warto poświęcić na zwiedzenie tego miasta, posmakowanie przysmaków i porozmawianie z mieszkańcami.. Najważniejsze, to podejść do zwiedzania egzotycznych dla nas miejsc z dystansem..

Nocleg w fajnym hotelu The Tamarind Tree, naprawdę fajnym, który bardzo polecam. Było tu wszystko co jest potrzebne, przepyszne jedzenie, basen i bardzo miła obsługa. Wieczorem trochę jeszcze poimprezowaliśmy przy pięknie oświetlonym basenie, a rano spotkały nas przygotowania do ślubu.. niestety na nas był czas ruszać dalej, więc nici z obecności podczas tak pięknej uroczystości..

Po śniadaniu wyjechaliśmy z hotelu.. co niektórzy w autokarze odsypiali nocne eskapady, a w sumie to chyba większość..

..i skierowaliśmy się w stronę sierocińca dla słoni w Pinnawali, gdzie nowy dom znalazły zwierzęta porzucone przez swoje stada, chore lub zranione. Przeżycie niesamowite, a byłam tutaj już 8 lat temu i sporo się zmieniło..

Wówczas braliśmy udział w wielu obrządkach związanych ze słoniami, przyglądaliśmy się im i również sami karmiliśmy malutkie słoniki, tym razem, być może w związku z panującym korona wirusem pobyt tutaj był mocno okrojony, niemniej byliśmy świadkami wyrywania przez słonie dopiero co posadzonych roślin.. wyglądało to cudownie! Pracownicy sadzili, odchodzili i jak tylko znikali z pola widzenia słoni, to te wyrywały rośliny i zjadały..

..ale i tak najpiękniejszą rzeczą był przemarsz słoni na codzienną kąpiel w pobliskiej rzece Ma Oya. Oj mogłabym tutaj zostać na dłużej, by móc przyglądać się tej ich beztroskiej zabawie. Uwielbiam oglądać słonie w ich naturalnym środowisku, a szczególnie bawiące się w wodzie.

Jest tutaj również sklep z rzeczami wytwarzanymi z odchodów słonia, taka trochę ‘gówniana’ praca…………. Jakoś nic tutaj nie kupiłam.. Chcielibyście mieć zeszyt z kupy słonia?

W każdym razie spędziliśmy tutaj kilka fajnych chwil, wypiliśmy po kokosie i odsapnęliśmy..

Po południu pojechaliśmy w dalszą drogę, robiąc krótki przystanek na polu ryżowym i pijąc przepyszne mango lassi w przydrożnej knajpce..

Minęliśmy Park Narodowy Minneriya oraz inne parki: Kaudulla i Hurulu Eco – w których mieszka ponad 200 dzikich słoni, ale też bawoły, dziki, niedźwiedzie, lamparty, krokodyle oraz ponad 160 gatunków ptaków. Piękna jest Sri Lanka i szkoda, że czas leci tak szybko.. Przy drodze powitał nas też słoń, chyba chciał przejść przez ulicę, ale nie bardzo mu to wychodziło – coraz bardziej zabieramy tereny zwierzętom i biedne gubią się..

Szybkie zakupy w Food City, na obiad tradycyjne Kottu, na deser Lion Beer..

A potem w końcu dojechaliśmy do kolejnego fajnego hotelu Pinthaliya Resort&Spa Sigiriya, prysznic, kolacja i pół nocy imprezowania przy basenie……………. umysł by chciał więcej, ale ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa i domagać się odpoczynku, tym bardziej, że kolejny dzień przed nami i wspinanie się na Sigiriya..

Po naprawdę przepysznym śniadaniu, codziennie zajadałam się czerwoną soczewicą.. wyjechaliśmy z hotelu w stronę skalnej fortecy Sigiriya, wpisanej na światową listę UNESCO. Jest to niesamowita, ogromna skała na środku niczego.. była królewską siedzibą w V w n.e. zbudowana na 200 metrowym szczycie..

Do dzisiaj zachowały się fundamenty dolnego i górnego pałacu – 8 lat temu nie weszłam na samą górę, ale tym razem postanowiłam spróbować wspiąć się tymi wąskimi schodami i udało się – stanęłam nawet na najwyżej położonym kamieniu..

Na sam szczyt wchodzi się między dwoma rzeźbionymi lwimi łapami..

Polecam tą wspinaczkę, widoki z samej góry naprawdę zapierają dech w piersiach, a do tego te wszechobecne małpki.. one chyba w ogóle nie mają lęku wysokości ani klaustrofobii…………

Schodząc już w dół oglądamy jeszcze słynne freski przedstawiające niebiańskie dziewice, niestety tym razem zabronione było robienie im zdjęć, ale mam z poprzedniego wyjazdu.. do tej skalnej jaskini prowadzą kolejne schody, tym razem spiralne i bardzo strome. Droga powrotna jest niesamowicie urokliwa.

Są miejsca na medytacje, siedzą Lankijczycy z kobrami, jest mnóstwo schodów, złota ściana, liany, małpy, wiewiórki.. Szczerze, to mogłabym tutaj spędzić nawet kilka dni………………………..

To jeszcze wspomnę tylko o pewnym zawodzie, który jest tutaj bardzo popularny, a widząc jak jest dużo schodów i jak są strome, to pewnie nikogo ta praca nie zdziwi, choć mnie zdziwiła bardzo – o jakim zawodzie mowa? P O P Y C H A C Z – to taka osoba, która pomaga osobom niepełnosprawnym, starszym i mającym mniej sił wejść na górę.. robią to na różne sposoby: popychając od tyłu, ciągnąc za rękę, podpierając etc.. Wydają się zbyt nachalni, ale to jest ich praca..

..ale jedziemy dalej! Tym razem w kierunku Kandy. Oj, dobrze pamiętam to miasto z poprzedniego wyjazdu i pamiętam jak idąc do świątyni Zęba Buddy ubrałam się wtedy na biało i jak bardzo to spodobało się naszemu ówczesnemu przewodnikowi.. Lubię wracać w miejsca, które po prostu lubię.. ale po drodze obowiązkowy punkt: produkcja i sklep z jedwabiem..

..a potem skierowaliśmy się w kierunku ogrodu z przyprawami w okolicy Matale, gdzie poznawaliśmy tajniki upraw różnych przypraw oraz ich zastosowanie, a także zjedliśmy obiad.

Poznałam tutaj lekarza medycyny ajurwedyjskiej, a że od kilku lat piszę artykuły do miesięcznika ZDROWIE BEZ LEKÓW na temat uzdrawiającej mocy Ajurwedy i wzięłam ze sobą dwa czy trzy ostatnie egzemplarze, to nie obyło się bez rozmowy na jej temat. Ów doktor był pod wrażeniem, że kraj o którym praktycznie nic nie wie – wie na temat Ajurwedy. Moglibyśmy tak rozmawiać i rozmawiać, ale czas nas gonił, niestety.. wymieniliśmy się do siebie kontaktami – który wciąż utrzymujemy i..

..pojechaliśmy w kierunku Kandy.. Tutaj można naprawdę poczuć buddyzm całą sobą. Kandy to miasto położone na wzgórzach wokół jeziora Kandy.

W Kandy znajduje się jedno z najbardziej znanych miejsc na Sri Lance, wpisane na światową listę UNESCO, czyli Świątynia Zęba Buddy, najważniejsza chyba buddyjska świątynia na wyspie z relikwią, jaką jest Ząb Buddy. I jak poprzednim razem, to miejsce wywarło na mnie ogromne wrażenie.

A potem już tylko szybkie zakupy.. i zerknięcie na uliczkę przy której mieszkaliśmy 8 lat temu..

I na koniec tego intensywnego dnia przejazd do hotelu Serendip Stone Bungalow, gdzie niestety nasz autokar nie mógł bezpośrednio podjechać, więc dowożono nas małymi vanami.. i tym razem noc trwała zbyt krótko.. ale hotel zrobił na mnie znowu niesamowite wrażenie i te rzeźbione krzesła z wysuwanymi podnóżkami – coś cudownego! Szkoda, że było tak mało czasu, że tym razem nawet nie skorzystaliśmy z kąpieli w basenie, a fajny był.. za to kolejnego dnia czekał nas rafting! 8 lat temu nie odważyłam się, a czy tym razem dam radę? O tym już w kolejnej, drugiej części………………………………..

A tutaj zapraszam serdecznie na część II – KITHUGALLA RAFTING, GAMPOLA, NUWARA ELIYA, YALA SAFARI, RAVANA WODOSPAD, GALLE, WELIGAMA, TAPROBANE..

A jeżeli mój wpis podobał Wam się lub nie podobał, to zostawcie jakiś komentarz, że fajny, niefajny, za mało zdjęć, za dużo zdjęć, a może byliście na Sri Lance w tych samych miejscach? To napiszcie o Waszych wrażeniach, chętnie poczytam.. i zapraszam na ciąg dalszy.. a może kiedyś zbiorę się w sobie i opiszę mój pierwszy pobyt na Sri Lance w 2014 roku? Wtedy nie miałam jeszcze tego bloga….

Dodaj komentarz