Rio de Janeiro 24.01.2023 – 9.02.2023 – podróż bardzo męcząca, ale cudownie cudowna.. Co zobaczyłam, co przeżyłam i w czym uczestniczyłam, to tego nikt i nigdy mi nie odbierze – warto było! A jak było? Poniżej Brazylia moimi oczami, bo zwiedziliśmy nie tylko Rio de Janeiro.. przeczytaj, a być może zachęcę Cię do odwiedzenia kraju, o którym słyszałam jedynie złe i smutne historie o tym, że.. ‘eee, tam to pewnie nie zrobisz ani jednego zdjęcia’, ‘uważaj na każdym kroku, bo okrutnie kradną’, ‘tam nikt i w niczym Ci nie pomoże’, ‘daj spokój, byłam tam i zrobiłam 2 zdjęcia: pierwsze na lotnisku po wylądowaniu, a drugie też na lotnisku jak wracałam, bo aparat był cały czas w hotelowym sejfie’, ‘jedzenie jest okropne!’, ‘ludzie tam, to tylko patrzą co by Ci tu ukraść’ i wiele innych takich słów, więc jadąc tam miałam bardzo mieszane uczucia.. a jak było? Zapraszam do lektury i obejrzenia tych milionów zdjęć, które tam zrobiłam..

1.Dzień pierwszy – wyjazd

Szybko na samolot i wylot o godz. 13:10 z lotniska we Wrocławiu.. wtedy nawet nie pomyślałam, że założone w domu buty zdejmę dopiero po 27 godzinach..

W Amsterdamie przesiadka i czas oczekiwania na kolejny lot to prawie 7 godzin. Chcemy iść do lounge.. a tu niespodzianka – od około 2 lat na całym terenie lotniska jest zakaz palenia papierosów.. wiem, wiem, że to jest faux pas, ale cóż.. To zostawiamy bagaże podręczne w skrytce – jest na lotnisku między wejściem E, a F tuż obok pianina. Koszt to 8 euro – można otwierać i zamykać ile się chce..

Wychodzimy z lotniska.. Może pozwiedzać Amsterdam? Ale co możemy zrobić w około 6 godzin? Do tego przed nami kolejne 12 godzin w samolocie..

Czas zleciał dość szybko i wchodzimy z powrotem, odbieramy bagaże, kładziemy się jeszcze na chwilkę na wygodnych szezlongach, rozprostowujemy nogi i znowu wsiadamy do samolotu. Tym razem lecimy już prosto do Rio de Janeiro..

2.Dzień drugi – pierwsze chwile w Rio de Janeiro

Tuż po piątej nad ranem lądujemy w Rio na lotnisku GIG, odbieramy bagaż i taksówką jedziemy do naszego hotelu – Vila Gale w samym centrum, w dzielnicy Lapa.

Uber niestety nie chce mi tu działać.. autobusem z bagażami dość niewygodnie.. nie znamy miasta, jesteśmy tu pierwszy raz, a tyle się człowiek naczytał przed wyjazdem, żeby uważać na wszystko i wszystkich.

W końcu dotarliśmy do hotelu.. check in jest dopiero od godz. 15:00.. hmm.. mamy farta! Pokój dostaniemy o 11:00, a to już tylko kilka chwil.. to idę po kawę na ulicę i kupuję pierwszego, zimnego, obłędnie pysznego kokosa i w końcu na hotelowym tarasie zdejmuję buty.. ależ ulga….

W pokoju szybko się rozpakowujemy, przebieramy w strój kąpielowy i idziemy na basen…. Pospać po podróży. Mąż się zdrzemnął, a ja ani chwili………. Szkoda mi było czasu.. popływałam, poopalałam się, odpoczęłam.

Jeszcze tylko coś zjeść.. hotele zazwyczaj bierzemy bez wyżywienia lub tylko ze śniadaniami.. Poszliśmy tuż obok na pierwszy brazylijski obiad..

Wieczorem już wykąpani poszliśmy w miasto…….. i trafiliśmy na słynne schody Selaron, w sumie były bardzo blisko naszego hotelu.

Tu spędziliśmy więcej niż chwilę..

W międzyczasie zrobiło się ciemno, włączyli oświetlenie i zaczęła się magia tego miejsca.. Usiedliśmy sobie na samym dole, na pierwszym stopniu, znaczy wanience i zaczęliśmy obserwować ludzi……………………………..

..a potem udaliśmy się w kierunku naszego hotelu, zmęczenie dawało znać o sobie, ale i tak zanim do niego dotarliśmy to minęły kolejne 2 godziny.. Tu się nie da usiedzieć w hotelu, gdy tyle atrakcji jest dookoła. Wszędzie gra muzyka, ludzie tańczą na ulicy, jedzą na ulicy, śpią na ulicy..

Idąc boczną uliczką z pięknym widokiem na ogromny biały akwedukt dotarliśmy do jakiejś a’la kapliczki, gdzie ludzie zapalali świeczki, a chwilę potem staliśmy już przy wejściu do miejsca (jakby garażu) gdzie na bębnach grało ze 30 osób albo i więcej.. ludzie tańczyli, pomrukiwali, filmowali.. było głośno, gwarno i wesoło. Spędziliśmy tu z 40 minut jak nic. Zaczęłam zakochiwać się w Rio…………………. Uśmiech i pogoda ducha tych ludzi bardzo mi przypomniało Hawanę i Kubę i całe Karaiby.

Wracamy do hotelu. Powoli, zaglądając jeszcze do kilku knajp, klubów, rozpoznając okolicę, w której spędzimy cały tydzień. Czy to był dobry wybór? Nie wiem.. ale na razie bardzo nam się podoba. My nie lubimy spędzać wakacji siedząc przy basenie z drinkiem z palemką w ręku.. W końcu spaaaać..

3.Dzień trzeci – co tu robić?

Obudziło nas cudowne ciepło.. słońce w pełni.. gorąco i wilgotno. Godzina 7 rano, a już tak grzeje.. Idziemy na śniadanie. Jedzenie? Hmm.. głodna chodzić nie będę, ale pierwsze co rzuca się w oczy to ogromnaaa ilość pieczywa wszelkiego rodzaju, ciasta, ciasteczka.. Biorę omlet z cebulką, serem, szynką, do tego wodę kokosową i kawę, próbuję kilka rodzajów sera i banany na ciepło, zjadam przepyszne owoce: ananas, mango, arbuz.. i jestem gotowa na kolejny dzień. Wiem, że będzie piękny. Wiem, że nie spędzę go przy basenie.. choć kusi bardzo.. Ten różowy hotel to taka perełka w tej starej dzielnicy Lapa, w stylu bardzo kolonialnym, który polecam każdemu, kto chce być w samym centrum Rio de Janeiro, a jednocześnie móc odetchnąć od tego zgiełku w ciszy i spokoju..

Przyjechaliśmy tu bez planu. Jedyną rzeczą jaką wcześniej zarezerwowaliśmy i wykupiliśmy to lot z Rio de Janeiro do wodospadów Iguazu.. nic więcej. Co dziś będziemy robić? Włączam na chwilę telefon i pierwsze co mi wyskakuje to wzgórze Corcovado i ten wielki pomnik Chrystusa górujący nad miastem. Zapada szybka decyzja – jedziemy tam!

Pogoda jest idealna i może nie będzie chmur. Ale jak tam jechać? I tutaj z pomocą przychodzi nam inny blog.. ktoś pięknie opisał jak się tam dostał i jakie są inne możliwe drogi. Wybieramy jedną z nich. Niestety nie działa mi tu Uber, choć nie mam pojęcia dlaczego – a wszyscy go polecają. Bierzemy taxi i jedziemy do Cosmo Velho skąd ponoć można zakupić bilet na kolejkę, którą wjedziemy na samą górę. Tak właśnie było i ten sposób bardzo polecam.

Czerwona kolejka to kolejna atrakcja. Bilety kupujemy w automacie – wjazd mamy dopiero na 13:20.. dookoła tłum ludzi.. stoimy w kolejce, jest dopiero 10:45 i nagle pada pytanie czy ktoś chce jechać kolejką na górę, ale miejsc siedzących już brak – czyli na stojąco. Nie wahamy się ani chwili, zamiast stać tutaj na dole jeszcze 2,5 godziny, to za 5 minut stoimy już w środku kolejki i ruszamy na górę.

Prawie nikt się nie decydował na jazdę na stojąco.. a szkoda, bo przejazd trwa jedynie 20-25 minut (z krótkimi postojami w międzyczasie), a widoki dookoła rekompensują niewygodę.

A na górze………………………. Widok zaparł mi dech w piersiach! Dosłownie! Ludzi multum! Ktoś zemdlał obok, jakaś młoda dziewczyna.. pomogłam jak umiałam.. robimy zdjęcia, kręcimy filmiki.. Dotykam pomnika.. czuję, widzę, słyszę.. Jest pięknie. Tyle razy widziałam to miejsce w telewizji, w internecie, na zdjęciach, a teraz tu jestem, stoję, patrzę, dotykam..

Ciężko zrobić jakieś zdjęcie bez nikogo – to czyjaś ręka wchodzi w kadr, to głowa, noga, ale to nic.. to też ma swój urok. Spędziliśmy tu sporo czasu, obchodząc wszystko dookoła, zaglądając nawet do środka.

Biegające wszędzie małpki też mają swój urok, któraś kogoś zadrapała, a obok ktoś usiadł pod drzewem i został obsrany, dosłownie.. właśnie przez małpkę. Teraz czas na odsapnięcie.

Poniżej pomnika jest knajpka.. znowu kolejka ludzi, ale mąż staje w niej, a ja staję w kolejce do stolików. Upatrzyłam sobie taki jeden tuż przy barierce z widokiem na całe Rio. I ten dostałam!

Siedzieliśmy tu kilka dobrych chwil delektując się cudownymi widokami, sącząc ja kawę, a mąż piwo.. Jedzenia tu nie kupowaliśmy.

Jedyną rzeczą, którą zakupiłam to był breloczek z postacią z pomnika – lubię mieć coś na pamiątkę ze szczególnego miejsca – i to nie jest to samo co kupiony breloczek na jakimś bazarku – on już od powrotu będzie zawsze ze mną.. tak jak np. posążek Buddy spod samiutkiej Sigiriya na Sri Lance..

W końcu po godz. 15:00 decydujemy się na powrót.

I znowu kolejka na powrót olbrzymia. Stoimy i cierpliwie czekamy. I znowu pada pytanie odnośnie jazdy w dół na stojąco. Bez wahania zgłaszamy się i tym sposobem znowu nie czekamy na kolejną kolejkę albo i jeszcze kolejną..

Na dole chwila na rozejrzenie się i..

..wsiadamy do autobusu nr 422, który jedzie do Centro……………….

Mówię kierowcy, że chcemy dojechać do Lapa, on po swojemu (kompletnie nie wiem jak go zrozumiałam – oni tu w ogóle nie mówią po angielsku), że będzie jechał obok Lapa i że nas powiadomi. O matko, a za 10 minut w tym pustym autobusie nie było już gdzie szpilki wsadzić, ale to też ma swój urok. I tak jedziemy i jedziemy, mąż próbuje patrzeć na mapę, zerkać na jakieś punkty za oknem gdzie wysiąść, aż tu nagle rozlega się bardzo głośne, na cały autobus: LAPA!!!!!!!!!!!!!!!!! No to wstajemy! Wsiada się z przodu autobusu, przechodzi przez takie śmieszne barierki – usiedliśmy na samym przodzie, żeby mieć kontakt z kierowcą, ale wysiada się tyłem! I teraz jak tu się przecisnąć przez ten tłum ludzi? Zaczęliśmy iść w stronę wyjścia, a w sumie to przeciskać, wszyscy nam kibicowali i nas przepuszczali, krzyczeli do kierowcy, żeby jeszcze nie odjeżdżał, ale odjechał.. Ludzie w autobusie zaczęli bić rękoma w szyby, w sufit, tupać w podłogę, ale autobus pojechał. W końcu kierowca zorientował się, że Ci co mieli wysiąść nie wysiedli i zatrzymał się gdzieś, na pewno nie na przystanku i nas wypuścił. I znowu fart! Okazało się, że jeszcze bliżej naszego hotelu.

Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy od razu poszli do hotelu. Droga powrotna była bardzo długa, choć wysiedliśmy z autobusu dosłownie jakieś 10-15 minut drogi pieszo od naszego hotelu.

Najpierw wymieniliśmy pieniądze, bo te pierwsze wymienione jeszcze na lotnisku szybko stopniały.. Chcieliśmy coś zjeść, ale po drodze było tyle smakołyków, że nie mogłam się na nic zdecydować, to w końcu wzięłam jakieś dziwne lody/sorbet z acai, a potem szaszłyki na wynos. Idąc z tymi szaszłykami tuż przed nami wyrósł jak spod ziemi mały chłopczyk, jakieś 2-3 latka.. chyba ktoś od niego spał obok pod drzewem, widok bardzo smutny. Pokazał paluszkiem, że brzuszek głodny i że bardzo by chciał coś zjeść. Oddaliśmy mu to, co nam zostało z tych dopiero co zaczętych szaszłyków. A my dalej głodni.. A tu nagle obok jakiś bazar wyrósł jak spod ziemi. Weszliśmy.. w sumie nic ciekawego..

..a kawałek dalej wyłoniła się cudowna Katedra Świętego Sebastiana – jedna z 3 rzeczy MUST SEE in Rio obok Głowy Cukru i Corcovado z pomnikiem Chrystusa Zbawiciela.. ogromna, piękna, dostojna..

No i jak tu nie wejść zobaczyć wewnątrz? Jeszcze kilka chwil, po drodze pomnik Matki Teresy, a kawałeczek dalej kolejny pomnik, tym razem na ławce leżący bezdomny Jezus.. piękne drzewo.. mały pomnik Jezusa Chrystusa..

..i wchodzimy do środka……………. I znowu mieliśmy farta! Było prawie pusto, bo tuż przed zamknięciem! Wychodziliśmy ostatni!

Czekałam jeszcze żeby zrobić zdjęcie jak zamkną drzwi.. Katedra została zbudowana w latach 1964–1976, ma wysokość 80 m i zewnętrzną średnicę 106 m. Na powierzchni 8000 m2 może pomieścić się 20.000 wiernych, z których 5.000 może usiąść. Naprawdę robi wrażenie.. W jej centrum znajduje się olbrzymi ołtarz. W lipcu 1980 roku był tu nasz Papież Jan Paweł II..

No dobra, teraz już koniecznie coś zjeść, bo praktycznie jesteśmy tylko na śniadaniu i tym kawałku szaszłyka.. a no i te lody sorbetowe, a poniżej krótka historia słynnego akweduktu w Rio na obrazkach….

Wracamy w stronę hotelu, ciągle gdzieś zaglądając, z zamiarem, że coś w końcu zjemy. W jednej knajpce dziewczyny rozkładały mini bębenki.. kelner mówi, że od godz. 20:00 będzie samba………… to.. szkoda czasu na jedzenie.. idziemy szybko do hotelu, wykąpać się, przebrać i z mocnym postanowieniem, że na 20:00 tu wrócimy i wtedy zjemy. Doszliśmy w końcu do hotelu.. ale jak zobaczyłam basen……………………. to mając strój kąpielowy na sobie nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zanurkować w nim. Było już ciemno, dawno po zachodzie słońca, basen był oświetlony od środka i palmy przy nim oświetlone były na zewnątrz.. czułam się cudownie tak pływając w tej ochładzającej (ale tylko co nieco) wodzie.. teraz prysznic!

Wykąpani, odświeżeni, wychodzimy z hotelu.. a tu zaraz po przejściu kilku kroków mijamy dwie dziewczyny, jedna z bębenkiem.. co ja gadam, z ogrooomnyyym bębnem. Pytamy się gdzie idą.. no i już wiedzieliśmy gdzie spędzimy ten wieczór.. oczywiście pomogłam jej ten bęben nieść. Ta zabawa tam – to było niesamowite przeżycie. I w końcu dopiero tam udało nam się coś zjeść, ale i potańczyć, posłuchać, pooglądać, porozmawiać.. Do hotelu wróciliśmy około 2 w nocy..

A wiecie co tu było najwspanialsze? To, że żeby wziąć udział w tej imprezie trzeba było się wkupić.. ryżem, cukrem, czymkolwiek.. i to wszystko szło na biedniejszych mieszkańców Rio…. Kupiliśmy cukier..

4. Dzień czwarty – może w końcu czas na Copacabanę?

Tak, zdecydowanie to dobry czas, bo zerkając dosłownie na sekundę w tym zwariowanym wirze czasowym na prognozę pogody dostrzegłam, że na jutro, pojutrze i popojutrze przewidywany jest deszcz, mimo 30-stopniowych upałów.. siedzieć na plaży w deszczu.. hmm.. też ma swój urok, pamiętam wyspę Phi Phi w Tajlandii i deszcz przez jakieś 2-3 godziny – to były chyba najcudowniejsze chwile na tej wyspie……. Serio! Nie chowaliśmy się przed nim, tylko wskoczyliśmy do morza, było takie cieplutkie, orzeźwiające, cieplejsze niż deszczyk i niż powietrze dookoła.. a potem szliśmy sobie z mężem brzegiem morza, powolnym krokiem, po drodze minęliśmy parę, która brała właśnie ślub na plaży – w deszczu.. potem znowu wskoczyliśmy do morza, zagrzać się, a potem weszliśmy do przybrzeżnej knajpki i tam rozkoszowaliśmy się przepysznym jedzeniem i cudownymi widokami – to zdjęcie na samym dole mojego bloga, to jest właśnie widok z tamtej chwili…… no, ale tu mogłoby być inaczej.. więc po kilku chwilach spędzonych przy basenie ruszyliśmy..

Znajoma, która tu już jest od miesiąca zamówiła nam ubera, niestety ‘mój’ wciąż nie działał, powinnam chyba się wylogować i zalogować ponownie, ale zapomniałam hasła.. sks? Może.. ale w ogóle się tym nie przejmuję, gdzieś chyba mam zapisane, albo założę ponownie – tylko kiedy?

Umówiliśmy się z Anią bezpośrednio na plaży przy punkcie 3 – tak ponoć umawiają się tu wszyscy i razem poszliśmy już nad sam brzeg.

Pierwsze wrażenie? Dziwnie się czułam i miałam bardzo mieszane uczucia. Byłam już na 2-3 plażach o tej nazwie, na różnych karaibskich wyspach, ale tamte to była poezja, bajka, bajeczka.. do tego mając w głowie tajskie plaże (na Jomtien/Pattaya jest hotel o nazwie Copacabana) czy te na Sri Lance, to szczerze.. Copacabana nie powaliła mnie na kolana. Do tego doszedł jeszcze stresik, bo pamiętam jak kilka lat temu koleżanka zdawała relację z tego miejsca i pisała, że tak się bała wyjąć telefon będąc w Rio de Janeiro, że zrobiła jedynie kilka zdjęć, a z tej plaży nie miała ani jednego. Ja zawsze najpierw przyglądam się, obserwuję dane miejsce i tak robiłam tutaj. Wzięliśmy 3 krzesła, 1 parasol plus zamówiliśmy kokosy i jakieś napoje, mąż wziął sobie piwo i rozłożyliśmy się. Nie minęła chwila, a obok nas rozłożyła się grupa chłopaków, zachowywali się dość głośno.. co chwilę przechodził jakiś sprzedawca, to z lodami, to z kukurydzą, bransoletkami, okularami etc i tak co chwilę trzeba było mówić, że nie jesteśmy zainteresowani.. Wkurzające.. Na plaży nie ma ani jednej palmy, woda śmierdząca, do tego o brzydkim kolorze, fale wysokie.. Mąż poszedł popływać, ja jedynie pomoczyłam się, a i tak za chwilę wszędzie miałam piasek. Ktoś obok zaczął pięknie grać na saksofonie.. wyjęłam telefon i zaczęłam go filmować. Potem zrobiłam jeszcze kilka zdjęć, ze 2 krótkie filmiki i schowałam telefon. Nie czułam się tutaj bezpiecznie.

Czas szybko minął i poszliśmy do restauracji na obiado-kolację. Oj dobre to było.. Ania i mój mąż zamówili sobie krewetki, a ja filet z kurczaka. Do tego oni piwo, a ja caipirinhe……… a potem pożegnaliśmy się i pojechaliśmy do hotelu, znowu zamówionym przez Anię uberem.

Ale umówiliśmy się na wieczór, w końcu to piątek 27.01 – zabawy są wszędzie.. Ania wynalazła jakieś miejsce gdzie miały być uliczne tańce z sambą…… pojechaliśmy tam, ale tylko w jednej małej i wąskiej uliczce grali sambę, a tak leciała wszędzie normalna dyskotekowa muzyka. No i te tłumy ludzi.

Nie podobało nam się. Mówimy, że wracajmy na Lapa – tu każdego dnia jest mega imprezowanie. Tak zrobiliśmy.. i ledwo wysiedliśmy z ubera to dosłownie 20m od nas na ulicy grali na bębnach – ci sami, co pierwszego dnia oglądaliśmy ich występy w pomieszczeniu wracając ze schodów Selaron, ale na ulicy to zupełnie inna atmosfera.

Poszliśmy z tłumem……….. zabawa była cudowna!

Potem był jeszcze występ innej grupy, trochę skojarzyło mi się z naszymi wiejskimi zespołami ludowymi, ale klimat był zdecydowanie inny. Tańczyliśmy i tańczyliśmy, aż zrobiło się dość późno, więc już pieszo wróciliśmy do hotelu, po drodze kupując jeszcze caipirinhe dla mnie, u przesympatycznej dziewczyny na ulicy..

5.Dzień piąty – nie mam sił..

Od rana nie miałam sił. Rozlałam kawę przy śniadaniu, potykałam się o nic.. miałam ochotę jedynie położyć się na leżaku przy basenie. Serio, na nic więcej nie miałam sił. Tak zrobiłam. Mąż poszedł jak co dzień po kokosa i jak co dzień po zjedzeniu ktoś z obsługi rozłupywał nam go i wyjadaliśmy do ostatniego wiórka.. a zapowiadany deszcz wcale nie nadchodził. No może spadły 4 krople jak jedliśmy śniadanie, ale potem było cudownie ciepło aż do godziny 17:00.

W międzyczasie zaczęła się zabawa w naszym hotelu.. znowu bębny, ale i dwie urocze dziewczyny z pióropuszami tańczyły i wciągały wszystkich do zabawy. Nas też wciągnęli. Potem już tylko prysznic..

A potem się okazało, że nie mamy pieniędzy. Skończyły się wszystkie wymienione wcześniej, więc mąż poszedł wymienić, w tym deszczu. Miał około 15 minut drogi w jedną stronę. Wrócił z niczym……….. punkt wymiany walut zamknięty – a jest sobota! Wzięliśmy kartę i poszliśmy coś zjeść, bo w hotelu mieliśmy tylko śniadanie i znowu byliśmy bardzooooo głodni. Ile można żyć słońcem i miłością? Jak widać można długo..

Na godz. 16:00 umówiliśmy się na party przy plaży Flamengo.. Ania podjechała po nas do hotelu i razem pojechaliśmy tam.. Idąc wzdłuż plaży rozkoszowałam się widokami na Głowę Cukru, przelatującymi samolotami, ludźmi i wszystkim dookoła.

Spotkaliśmy tam jeszcze Ani znajomego, po drodze zjedliśmy po szaszłyku, aż w końcu doszliśmy do miejsca imprezy, ale.. właśnie około godz. 17:00 zaczęło padać.. i nikt nie przerwał imprezowania! Nikt nie uciekał i nie chował się przed deszczem.

Obok w krzakach zrobiła się latryna, co chwilę ktoś szedł się tam załatwić.. muzyka grała.. deszcz padał – założyłam pelerynę, bo po całym dniu na słońcu nie bardzo chciałam się przeziębić. W końcu, po kilku dłuższych chwilach stwierdziliśmy, że jedziemy stąd.

A potem był clubbing na Lapa…………….. to chyba najfajniejsza, ale i dość niebezpieczna dzielnica w Rio. Tu o każdej porze dnia czy nocy coś się dzieje, ale my to z mężem uwielbiamy.

Oczywiście znowu do hotelu dotarliśmy o jakiejś 2:00 w nocy, nocne szwędanie to nasza druga natura.. a tym razem odwiedziliśmy jeszcze słynne schody, gdzie ludzie są chyba zawsze, o każdej porze dnia czy nocy, a ja myślałam, że w końcu uda mi się porobić w spokoju zdjęcia..

6.Dzień 6 – cudowny dzień na Santa Teresa

Rano trzeba było trochę popracować, ale w takich warunkach to ja mogę pracować codziennie.. laptop na kolanach i wszystko co pilne skończone, kokos wypity i wyjedzony, to zaraz potem wybraliśmy się wymienić w końcu pieniądze i postanowiliśmy pojechać żółtym tramwajem na Santa Teresę……….. I to był strzał w dziesiątkę! Cudowna kolejna dzielnica w Rio.

A oto trasa tego tramwaju.. teraz z perspektywy czasu myślę, że warto sobie zarezerwować cały dzień na Santa Teresę i zwiedzić każdy przystanek tego tramwaju, każdy zaułek, każda uliczkę.. przepiękna dzielnica..

Najpierw trzeba było się dostać do miejsca z którego tramwaj odjeżdża, potem kupić bilety i w końcu ustawić się w przeogromnej kolejce. W międzyczasie policzyłam, że do jednego tramwaju wsiadają około 32-34 osoby, bo były 2 wagony, ale oprócz tych z kolejki pierwszeństwo mają osoby mieszkające na Santa Teresa, więc może załapiemy się na szósty, może siódmy tramwaj….

Czas okropnie się dłużył w tej kolejce, a żar lał z nieba. Punkt startowy znajduje się na stacji Carioca, przejeżdża na początku przez biały Carioca Aqueduct i dalej pnie się pod górę.. a poniżej rysunki Selaron-a, jego autoportret i jego ukochanej i ulubionych miejsc..

Ponoć Santa Teresa jest duszą Rio i coś w tym jest – przepiękne miejsce z jeszcze piękniejszymi widokami..

Bondes de Santa Teresa – koszt przejazdu to tylko 20 BRL i naprawdę warto skorzystać. Najgorsze jest tylko to czekanie w kolejce..

Pojechaliśmy aż do końcowej stacji Dois Irmaos, a potem trochę w dół z powrotem. Wysiedliśmy przy przystanku Largo do Curvelo i już pieszo poszliśmy zwiedzać Muzeum da Chacara do Ceu i Park das Ruinas.. ależ stąd był piękny widok!

Kolejny punkt, to odsapnąć.. i jak tylko to powiedziałam, to wyrosła przed nami cudowna knajpka. Zamówiliśmy coś do picia, coś na ząb, a tuż obok zaczęły jak spod ziemi wychodzić bezdomne koty, dosłownie jak spod ziemi..

Kupiliśmy trochę kociego jedzenia i nakarmiliśmy je, a chwilę potem przyszły dwie starsze kobiety i zaczęły sprzątać to miejsce, ale też przyniosły jedzenie dla tych bezdomniaków. To dokupiliśmy więcej kociego jedzenia i daliśmy tym kobietom – widać, że naprawdę się nimi zajmują..

Po chwili odsapnięcia ruszyliśmy pieszo w dół. Ależ było stromo! Ale i cudownie.. i tak sobie niespiesznie wędrując w dół doszliśmy do słynnych schodów Selaron – na samą ich górę, a potem jeszcze kilka chwil i byliśmy koło białego akweduktu na dole i już prawie tuż tuż przy naszym hotelu..

Jeżeli moglibyśmy coś doradzić – to warto wysiąść z tego tramwaju jeszcze wcześniej i naprawdę pieszo zwiedzać tą piękną dzielnicę. W pierwszej wersji, jeszcze w Polsce, chcieliśmy nawet tutaj zarezerwować coś na nasz pobyt, ale chyba dobrze, że tego nie zrobiliśmy, bo uliczki są bardzo strome i ciężko byłoby nam wracać po nocnych wyprawach.. niemniej miejsce cudowne. Tego wieczoru już za bardzo nie imprezowaliśmy, bo kolejnego dnia musieliśmy wstać przed 4:00 nad ranem, bo……………………….

7. Dzień 7 – lecimy na Iguazu

O godz. 6:00 rano mamy lot z lotniska Dumont do wodospadów Iguazu, z przesiadką w Sao Paulo………… no to pobudka przed 4:00 nad ranem, na 5:00 zamawiamy taksówkę i po 15 minutach jesteśmy na lotnisku. Dzień się budzi.. i już z samolotu podziwiamy przepiękny wschód słońca nad Rio.

Dolatujemy do Sao Paulo i tu mamy przesiadkę w kolejny samolot, którym lecimy już bezpośrednio do Foz de Iguazu.

A jak wyglądała cała nasza podróż do tego przepięknego miejsca, jakie po drodze mieliśmy przygody, to już zapraszam na kolejny wpis, bo ten byłby ciut bardziej niż bardzo za długi.. tutaj wkleję jedynie kilka zdjęć z samych wodospadów – bardzo żałowaliśmy, że przylecieliśmy tutaj tylko na jeden dzień i dlatego czasami nie warto niczego planować wcześniej, my kupiliśmy bilety będąc jeszcze w Polsce, przed przyjazdem do Brazylii i faktycznie ceny biletów lotniczych z Rio do Iguazu w dniu wylotu były bardzo wysokie..

I to by było na tyle w części pierwszej.. jak na 6-7 dni pobytu w Rio de Janeiro to chyba wiele zobaczyliśmy? Niebawem napiszę część II nt. drugiego tygodnia pobytu – zmieniliśmy lokalizację w Rio, oraz opiszę te cudowne wodospady.. do dziś jak zamykam oczy to je widzę, ale i słyszę ten cudowny szum wody…………………….

A Jeżeli mój artykuł spodobał Ci się, to będzie mi bardzo miło, jak postawisz mi kawę -> uwielbiam kawę! A zgromadzone środki przeznaczę na pewno na dalsze rozwijanie swojej wiedzy, na pomaganie i wspieranie innych oraz na czas, który przeznaczam na tworzenie mojego bloga.. i z góry bardzo Ci dziękuję za tą pyszną kawę………..

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz