Dzień piąty – 26.09.2021 – KORFU

Dziś pobudka ok. 8:00 rano – o dziwo obudziłam się bez budzika.. ale tak naprawdę to wstałam o 9:00 rano czasu greckiego, tylko że w nocy zmieniliśmy o godzinę strefę czasową. O godz. 8:00 nasz statek dobił do New Port na Corfu, ale dziś nie zamierzałam nigdzie się spieszyć. Jak wakacje to wakacje. Spałam rewelacyjnie i wstałam wyspana i pełna energii. Zaraz po przebudzeniu tradycyjnie pierwsze kroki skierowałam na balkon. Ależ widok! I to ciepło otulające moje dopiero co obudzone ciało. Stanęłam przy barierce, zamknęłam oczy, mocno wciągnęłam powietrze i już wiedziałam, że to będzie cudowny dzień.

Bez pośpiechu wciągnęłam na siebie sukienkę i poszliśmy na śniadanie. Oczywiście omlet z żółtym serem i cebulką, croissant, pieczony pomidor, kawa, napój, owoce i coś małego słodkiego. Dziś nas mają przewozić na wyspę Korfu małymi statkami, więc.. po śniadaniu wskoczyłam w strój kąpielowy, szybka toaleta, mycie zębów i wychodzimy.

Chyba pierwszy raz w życiu jechałam w podróż kompletnie nie przygotowana. Absolutnie nic nie wiedziałam o Korfu. Najpierw udaliśmy się do teatru, gdzie trzeba było zapisać się na małą łódkę, a potem posadzono nas w tym teatrze i musieliśmy czekać na wywołanie grupy, w której się znaleźliśmy, ale na szczęście nie trwało to długo i szybko przeszliśmy na 4-te piętro skąd odpływały łódeczki. Chwila moment i byliśmy na lądzie. I co teraz? Taxi? Bus? Autobus? Jak duże jest Korfu? Co możemy tu ciekawego zobaczyć? I have no idea!

Mówię do męża żebyśmy poszli do punktu informacyjnego żeby chociaż wziąć mapę. Ale powiem Wam, że takie bez-planowania wyjazdy też mają swój urok, kiedy to nic nie jest zapięte na ostatni guzik i kiedy nie wiemy co może nas spotkać.. bo możemy iść tylko na plażę i przeleżeć te kilka godzin, ale możemy coś ciekawego zobaczyć, cos przeżyć………… Mąż mówi, że przed wyjazdem czytał trochę o tej wyspie, że podobno jest tutaj kapitalnie usytuowane lotnisko gdzie można oglądać przylatujące i odlatujące samoloty. Cholibka, kiedyś nie dotarliśmy na St. Martin, ponieważ po huraganach zmieniono trasę statku na którym mieliśmy tam popłynąć. Raz też na wyspie St. Lucia udało nam się przeżyć coś fantastycznego – trafiliśmy zupełnie przypadkowo na plażę tuż przy lotnisku, ale niestety może jeden samolot z niego odleciał, a ze dwa przyleciały. Poza tym widok nie był aż tak ciekawy jak zapewne byłby na St. Martin i taki jaki czekał na mnie tutaj. W porcie wypatrzyłam punkt City Sightseeing! Bierzemy go! Hop on Hop off.. Lubię te otwarte autobusy, zwłaszcza jak się nie ma zbyt dużo czasu, a niestety o godz. 17:00 mamy ostatnią powrotną łódeczkę, którą możemy dostać się na Getaway-a. Długo się nie zastanawialiśmy i szybko kupiliśmy bilety i ruszyliśmy w kierunku przystanku. Dalej nie mamy mapy, ale mamy ją dostać w autobusie. Myślę, że to była bardzo dobra decyzja. Wsiadamy. Odjeżdżamy. Zawsze za pierwszym razem warto przejechać całą trasę bez wysiadania i zaznaczyć sobie miejsca, które chce się potem zwiedzić – tak często robimy w dużych miastach, a przy okazji poznajemy też nowe miejsca, bo zazwyczaj te autobusy jeżdżą po najbardziej znanych okolicach, ale czasem skręcają w te mniej znane. Atutem wielkim tych autobusów jest to, że można wysiadać i wsiadać kiedy i gdzie tylko się chce – a to wszystko na jednym bilecie, który można kupić na 5 godzin, na całą dobę czy na dwie doby. Bardzo wygodna opcja, zwłaszcza jak naprawdę nie zna się miejsca. Koszt tutaj takiego dobowego biletu to 19 euro za osobę i można się najeździć do woli. Niestety nie można było tutaj kupić biletu na kilka godzin, a do tego w chwili obecnej czynna jest tylko jedna linia: czerwona Corfu New Port – Main Gate, cokolwiek to nie znaczy. W końcu mamy mapę!

Kolejny przystanek to Mon Repo Palace, potem Kanoni i znowu Mon Repo Palace, skąd jedzie do Anemomylas (Garitsa), dalej Spianada Sq (Old Fortress), Spilia Sq i do Old Port. I stał się cud! Już na pierwszym przystanku zauważyliśmy, że będzie to miejsce, gdzie na pewno wysiądziemy podczas kolejnej rundki! To było TO lotnisko!

Zrobiliśmy w 45 minut całe kółko i faktycznie robiąc kolejne wysiedliśmy w Kanoni. Brak słów żeby opisać to miejsce.. Bajeczne! Kto był, ten wie.. Na wzgórzu rozciągającym się nad pasem startowym były umieszczone kafejki, kawiarnie i punkty widokowe, a na dole był cudny mały kościółek Panagia Vlachernon Church, w którym akurat odbywały się chyba chrzciny, a cała dekoracja była w myszkę Minnie. I love Miki&Minnie.

I właśnie będąc tutaj przeżyliśmy pierwszy przelot samolotu. O Boże! Naprawdę coś niesamowitego było w tym. Pokazał się tuż nad wyspą Ponikonisi i nagle zrobiło się masakrycznie głośno, po czym przeleciał tuż nad naszymi głowami. Tylko na kaczkach nie zrobiło to żadnego wrażenia.

Potem przeszliśmy na taki długi, ale bardzo wąski mostek/pomost, po którym dwie osoby spokojnie mogą iść obok siebie, ale trzeciej będzie już ciężko, a do tego co chwilę przejeżdżał nim ktoś na rowerze czy skuterze – bardzo ruchliwe miejsce.. Jak zobaczycie na mapie, to ten mostek zamyka zatokę i łączy jakby Cafe Kanoni i pod nią parking z Nisos Restaurant Cafe po drugiej stronie brzegu.. W wodzie mnóstwo małych rybek. I nagle znowu hałas jakby zza światów, leci ponownie! Leci, leci, przelatuje tuż nad naszymi głowami i ląduje. Za chwilę inny przygotowuje się do startu i tak przez około godzinę albo i dłużej – nie żyję z zegarkiem w ręku, a już na pewno nie na wakacjach – siedzieliśmy na tym betonowym mostku i obserwowaliśmy samoloty. A było ich sporo.. Chciało mi się bardzo do morza, do wody, słońce prażyło niemiłosiernie, mimo że to już był prawie koniec września. Ale to było silniejsze! Ten hałas, powiew wiatru i ten widok! Cudo! Jak będziecie kiedyś na Korfu, to koniecznie tam pojedźcie..

Niestety czas leci zbyt szybko, a chcieliśmy jeszcze przecież zobaczyć coś w tym miejscu. W drodze powrotnej tuż pod lecącym kolejnym samolotem kupiliśmy za całe 5 euro figi i winogron i udaliśmy się pod górkę w kierunku przystanku autobusowego. Oczywiście po drodze robiłam mnóstwo zdjęć!

Wysiedliśmy tuż przy starym mieście Korfu w Old Port przy Spilia Sq. Stąd było widać nasz ogromny statek oraz kilka mniejszych, więc skoro byliśmy już tak blisko, to teraz mogliśmy spokojnie zanurzyć się w te piękne uliczki. Było cudownie! Mimo, że to była niedziela, to mnóstwo sklepików, kafejek i tawern było otwarte. Tu kupiłam swój następny kijek do selfie – ja bardzo lubię robić zdjęcia mając na nim telefon, niekoniecznie selfie..

W końcu usiedliśmy w jednej kafejce, zamówiliśmy souvlaki z baraniny i bruschetty z serem feta i pomidorami, mąż zamówił sobie piwo z Corfu, a ja GreekCoffee. Mimo, że mamy na statku full jedzenia i All inclusive i nawet jedną restauracje, która jest czynna 24 godziny na dobę, to zawsze próbujemy coś miejscowego.. I tu mogłabym już zostać na dłużej. Zapamietajcie ten adres: Tratamento przy Filellinon 37 Corfu – polecam bardzo, choć nie mam porównania z milionem innych miejsc, ale obsługa była fantastyczna, a jedzenie naprawdę pyszne, a do tego lokal z klimatem śródziemnomorskim – czego chcieć więcej? Kawę podano mi w tygielku, taką jak lubię bardzo!

Niestety czas w miejscu nie stoi, a na wakacjach leci jakby ze zdwojoną prędkością i nagle zrobiła się godzina 16:00. Wiedząc, że o godz. 17:00 odpływa ostatnia łódeczka zaczęliśmy szykować się do powrotu. Niestety tym razem nie znaleźliśmy ani godzinki na popływanie i to jest jedyny minus rejsów, że chciałoby się więcej w danym miejscu zobaczyć, przeżyć wieczór w lokalnej knajpie, porozmawiać z tubylcami, popływać, pojechać gdzieś dalej, ale nie ma na to czasu. Zawsze jest coś za coś w życiu. Jeżdżąc tym otwartym autobusem nie zauważyłam też ani jednej plaży wartej uwagi. Grecy rozkładali się na murkach tuż przy brzegu i tutaj taplali się w wodzie. Trudno.. ale to co zobaczyłam naprawdę bardzo mi się podobało.. no sami zobaczcie..

Jeszcze kilka ostatnich chwil na Korfu i wracamy na statek..

Po powrocie na statek błyskawicznie się rozebrałam i wskoczyłam do basenu. Ufff, jak fajnie.. Mąż przyniósł mi jakiegoś drinka, potem kolejnego i tak sobie leżałam przy statkowym basenie, gdzie woda sięga kostek łapiąc ostatnie promyki słońca. Potem mąż poszedł na siłownię, a ja pod prysznic.. zupełnie tym razem nie miałam ochoty na ćwiczenia fizyczne, choć pewnie to był błąd, ale bez ochoty niczego ciekawego bym i tak tam nie robiła. Wskoczyłam pod prysznic. A dziś wieczorem mam ochotę tańczyć! I będę! Na 16 piętrze jest fantastyczne miejsce, które w dzień służy jako ‘plaża’, a wieczorami zamienia się w nocny klub pod gwiazdami przy akompaniamencie muzyki i obrazów migających na wielkim telebimie oraz mnóstwem rozproszonych światełek. Ale wcześniej kolacja. Może dziś znowu Shanghai? Potem piano bar z muzyką na żywo, a potem tańce hulańce. Jest tutaj tyle atrakcji, że nie wiadomo co wybrać – to takie małe pływające miasteczko – a może dziś teatr? Zobaczymy co przyniesie wieczór.. Na kolację poszliśmy do Tropicana Restaurant. Nie będę opisywać menu, bo obawiam się, że potem czytając miałabym ślinotok. Francuska zupa cebulowa była gorzka – tyle powiem, a reszta cudownie smakowita, łącznie z lodami choco i vanilla na deser i ciastkiem czekoladowo-orzechowo-kawowym. To teraz Sugarcane z muzyką Latino dziś – uczta dla moich uszu i nóg. Pozwiedzane, potańczone, popite, to teraz spać. Jutro Katakolon……………

Dzień szósty – 27.09.2021 – KATAKOLON na Peloponezie

Jak tylko się obudziłam i otworzyłam oczy, wstałam z łóżka, to wyszłam tradycyjnie na balkon i od razu wiedziałam że to znowu będzie cudowny dzień.. widok był obłędny! Codziennie pobudka w innym miejscu bardzo mi się podoba. Jest to zupełnie inne podróżowanie niż na przykład autokarem kiedy też możemy budzić się codziennie gdzie indziej – ale tutaj nie śpimy skuleni na siedzeniu, wstajemy wypoczęci i rześcy. Byliśmy w porcie w Katakolon na Peloponezie i jedyne co wiedziałam, że możemy tu zwiedzić – to Olympia..

Wiedziałam też, że byłam tutaj bardzo dawno temu z rodzicami i zwiedziliśmy cały Peloponez, ale mało co z tego pamiętam. Dzieci zwracają uwagę na zupełnie inne rzeczy.. To co zobaczyłam z samego rana od razu wywołało u mnie uśmiech na twarzy. Góry, woda i słońce. Czego chcieć więcej? Statek był już przycumowany i niektórzy ludzie powoli z niego już wychodzili.

Nie wiem jak oni to robią, że o godz. 8:00 rano wychodzą na ląd. Są już po śniadaniu gotowi do wyjścia. O tej godzinie to ja najczęściej przewracam się na dugi boczek, ale tutaj szkoda mi czasu. Dziś AllAboard jest o godz. 17:30, do tego uciekła gdzieś godzina, bo naszego polskiego czasu byłoby to 16:30. Niespiesznie poszliśmy na śniadanie, potem do Spice H2O Bar na 16-tym piętrze gdzie spokojnie dobudzałam się. Pranajama, medytacja.. i idziemy do kabiny przebrać się w stroje kąpielowe.

W końcu wychodzimy ze statku. Jest cudownie ciepło. Jak sobie tylko pomyślę, że u nas jest już jesień, że jest zimno i może pada deszcz, wieje wiatr, jest pochmurno, to tym bardziej jestem wdzięczna za moje TU i TERAZ – bo tu i teraz jest mi cudownie. Powolnym krokiem szliśmy wzdłuż statku kierując się do portu, bez pośpiechu kierowaliśmy się do portu. Kompletnie nie wiedzieliśmy co dziś robić, ale to naprawdę też ma swój urok, bo każdy dzień był jedną wielką niespodzianką. Może dziś tylko plaża? Od dawna planowaliśmy przyjazd na Peloponez na dłużej, by dokładnie zwiedzić i poznać to miejsce. Ale co można zwiedzić w jeden dzień? Jaki jeden? W kilka godzin!

Przy brzegu stały taksówki, ale nie było żadnego punktu informacyjnego gdzie można by zaopatrzyć się w mapę lub zobaczyć oferty miejsc wartych zwiedzenia. W końcu tuż przed nami, po wyjściu za bramę portu, jak spod ziemi wyrosła kobieta oferująca przejazd do Olimpii. Nauczeni doświadczeniem, żeby nie łapać się na żadną pierwszą ofertę, żeby najpierw rozglądnąć się, poszliśmy dalej. Ale dalej nie było już kompletnie nic.. żadnych biur, żadnych van-ów, autobusów czekających na turystów opuszczających statek etc. Gdzieś na ścianie stary plakat, że jedzie pociąg do Olympii, a obok oferta takiej ciuchci oferującej krótka przejażdżkę po bliskiej okolicy. Kawałek dalej strzałka z napisem Public Beach, kilka sklepików i tawern i to wsio.. Wzięłam sobie kawę. Uwielbiam kawę! A ta grecka, jest tak drobno mielona, jak pyłek.. a smakuje wybornie. Czasami w domu mielę sobie tak kawę, ale wtedy zaparzam w tygielku.

Stwierdziliśmy, że wracamy do pierwszej i jedynej oferty i plan na dziś jest taki, że jedziemy do Olympii, a potem zobaczymy co dalej i na co nam zostanie jeszcze czasu. Okazało się, że tego dnia to był ostatni autobus tam jadący! Za 15 euro od osoby kupiliśmy bilety i za chwilę siedzieliśmy już w autobusie. Odległość od portu to jakieś 33-35km.

Droga zleciała bardzo szybko. Na miejscu, żeby wejść na teren Olympii trzeba było kupić jeszcze bilet wstępu, który kosztował 12 euro od osoby i za który mogliśmy wejść do:

1. Olympia – muzeum

2. Olympia – teren gdzie znajdują się ruiny

3. Olympia – Museum of the history of the Olympic Games

Nie można było kupić biletu na jedną rzecz, a jedynie wszystko w pakiecie. Jak ma się duuuużo czasu, to jest to super opcja, ale my wiedzieliśmy, że wszystkiego i tak nie zdążymy zobaczyć. Bilety kupione, to zaczynamy zwiedzanie.. Robi wrażenie!

Temple of Zeus – bosh, jako dziecko czytałam wszystko na temat Grecji, całą mitologię znałam na pamięć.. House of Hera i miejsce gdzie zapalany jest znicz, mnóstwo kolumn i wielki stadion. Wszędzie wszystko ogrodzone sznurkiem, żeby nie deptać i nie niszczyć wykopalisk. Tyle lat historii! Znowu zrobiłam mnóstwo zdjęć, pozdrowiłam Zeusa, stanęłam i przytuliłam się do ogromnego oliwnego drzewa, a na koniec..

.. na koniec usiedliśmy zdećko zmęczeni przy wodopoju – woda zdatna do picia – to piliśmy i piliśmy. Gorąco było. I na tym zakończyła się nasza przygoda w Olympii, ponieważ mieliśmy tutaj tylko 2 godzinki czasu. O 14:45 odjeżdżał nasz autobus z powrotem do Katakolon. Ale przecież tu wrócimy! Więc bez żalu wyjeżdżamy.

Na miejscu byliśmy piętnaście minut po trzeciej. Nie chciało nam się już chodzić po mieście, a przypomniało nam się, że przecież tuż tuż jest plaża. No to Hoop i jesteśmy na niej. Faktycznie publiczna, cokolwiek to nie znaczy.. nawet kafejki żadnej nie ma, więc mój mąż wrócił do miasteczka po kawę dla mnie. I tak resztę czasu, który nam pozostał na lądzie spędziliśmy na plaży, pływając, snoorkelując i opalając się. Naprawdę snorkeling i maski zrobiły nam fajną robotę, a było co oglądać. Do tego podgryzające małe rybki. Jak tylko na chwilę zatrzymałam się w wodzie to od razu zaczynały skubać. Dziwne uczucie, nieraz pisnęłam w wodzie, ale nie tylko ja, nie tylko kobiety, bo mężczyźni też.

Obok nas od dłuższego czasu leżały przykryte ręcznikiem czyjeś rzeczy. Mąż mówi, że to ludzi, którzy wypłynęli w morze jakiś czas temu wpław. Faktycznie, byli bardzo daleko! Nie skłamię jak powiem, że kilometr to mało. Zrobiło się nagle poruszenie na plaży i większość osób będących na plaży zaczęła ich obserwować. Raz było ich widać, a za chwilę znikali. W końcu dopłynęli do brzegu.. Para z Francji. Mówię do nich, że wszyscy tu martwiliśmy się o nich, a oni jak gdyby nigdy nic zapytali która godzina. Wybuchnęłam śmiechem. Najważniejsze, że wrócili. Byli z naszego statku, bo mieli statkowe ręczniki. Za chwilę trzeba było już niestety wracać na statek. Ta para szła z nami, bo szliśmy na ten sam statek.

Doszliśmy dosłownie na 17:30, chyba jako ostatni. Jeszcze tylko wjechać windą na 15 piętro i hoop z powrotem do wody, w basenie. Drinki, muzyka, woda, tańce.. Bardzo brakowało mi tutaj animacji, które zawsze były na innych rejsach, takich zwyczajnych przy basenie, porywających ludzi do ruchu.. ale że minęło już kilka dni to i znajomości się nawiązały. Śmiejemy się z mężem, że smoking_connecting_people i o dziwo wszystkim palaczom się to sformułowanie spodobało – w palarni spotykają się fajni ludzie, a rozmowom tam nie ma końca. Zawsze pierwsze pytanie jakie pada z nowo poznaną osobą to: skąd jesteś? Polaków nie ma tu dużo, my i może jeszcze dwie osoby, ale za to jest mnóstwo Amerykanów, też tych z polskimi korzeniami, są osoby z Włoch, z Izraela, z Belgii, ale chyba najwięcej jest Amerykanów.

Słońce zaczyna zachodzić, to teraz mąż na siłownię, a ja delektuję się zachodzącym słońcem i idę pod prysznic. Kolacja.. dziś w Garden Cafe Buffet. Niestety przez pandemię nie możemy sobie sami nakładać jedzenia na talerze, a zanim zaczniemy, to załoga bardzo przestrzega reżimu, noszenia maseczek i wash-i wash-i rąk. Wszyscy na statku, łącznie z załogą jesteśmy zaszczepieni, a przed wejściem pierwszego dnia dodatkowo wszystkim robiono testy na koronawirusa. Po kolacji obowiązkowo idziemy do palarni. Tam już są wszyscy. Umawiamy się na wieczór na 16-te piętro do Spice H2O – dziś wieczór z Abbą. Będzie grał zespół Zennhitt Band. Jeszcze krótki spacer po statku i ruszamy na 16-te piętro i zaczyna się zabawa. Ani zdjęcia, ani nawet filmiki nie oddadzą klimatu, to po prostu trzeba przeżyć, a dziś  wyjątkowo chyba wszyscy tu przyszli.. Wytańczyłam się na maxa..

Od 23:15 zaczyna grać jakiś Dj Vito – totalna porażka! Zamiast kontynuować muzykę w stylu Abby, to zaczyna grać jakiś trans, techno czy nie wiadomo co i ludzie zaczynają wychodzić. Niektórzy podchodzą do niego i proszą żeby zmienił muzykę, ale on głuchy! Z założonymi słuchawkami puszcza muzykę, której nikt nie słucha, nikt nie tańczy, parkiet pusty, ludzie wychodzą.. i zostaje sam ze swoją muzyką.. a my zmieniamy lokal. A miał być tutaj cały wieczór z FABBAlons Party. Na tak dużym statku naprawdę nie można się nudzić, na kilku piętrach cały praktycznie czas coś się dzieje, tu gra muzyka na żywo, tu ktoś śpiewa, tam gra na pianinie, a tam przegrywa majątek w kasynie, albo wygrywa.. W końcu mówię do męża, że jutro Santorini, więc może czas się w końcu położyć?

Dochodzi druga w nocy.. Poszłam pierwsza, a za jakieś 10 minut przyszedł do kabiny mąż..

A co było potem? To zapraszam na część III:

A jeżeli zaciekawił Was ten wpis, to serdecznie zapraszam do przeczytania również I części:

Części IV:

I części ostatniej.. V:

I będzie mi bardzo miło, jeżeli byłaś/byłeś w tych samych miejscach co ja, to podziel się swoimi wrażeniami.. za każdy komentarz z góry bardzo dziękuję………………..

Dodaj komentarz