Dzień dziewiąty – 30.09.2021 – PIREUS/ATENY – dziś od samego rana szargają mną dziwne emocje. Od samego rana mam co chwilę łzy w oczach. To taka sentymentalna podróż dla mnie, zwłaszcza dzisiejszy dzień – Ateny! Łzy szczęścia nie są złe i choć same napływają, to w sercu mam ogromną radość, ale i wdzięczność, że znowu mogę tutaj być. Całe moje dzieciństwo spędziłam w Grecji, prawie każde wakacje, tyle że niewiele pamiętam z czasów sprzed około 40 lat. Niedługo mam 54 urodziny i tak właśnie jakoś do 14-15-ego roku życia bardzo często przyjeżdżałam tutaj z rodzicami, czasami nawet na całe 2 miesiące wakacji. Mój ojciec chrzestny był Grekiem.. a taki widok zobaczyłam dziś rano..

Zaraz po przebudzeniu szybkie śniadanie, dziś nawet nastawiłam budzik na 7:00 rano, ale niestety nie wstaliśmy o tej godzinie. Mąż budzik wyłączył, a mnie on wcale nie obudził. Dziś można było wychodzić ze statku od 7:00 rano, a powrót ma być do godz. 18:30. Wyszliśmy parę minut po godz. 10:00 – tak to jest jak się imprezuje pół nocy. Już ze statku widzieliśmy Open Bus-y różnych firm i właśnie nim postanowiliśmy zwiedzać Pireus i Ateny.

Zdecydowaliśmy się tym razem nie na czerwony, ale na żółty i niebieski. Koszt to 17 euro od osoby – oczywiście bilet ważny na 24 godziny, z możliwością wysiadania i wsiadania kiedy się chce. Usiadłam, założyłam słuchawki, nastawiłam na język angielski i ruszyliśmy. W słuchawkach usłyszałam grecką muzykę i odpłynęłam..

Pierwszy przystanek – długa trasa – Akropol! Nie wchodzimy do środka, ponieważ nie chcemy się spieszyć ze zwiedzaniem i przebiec, a tutaj 2 godziny byłoby mało, ale wrócimy tutaj na kilka dni i wtedy bez pośpiechu zwiedzimy to miejsce. Pokręciliśmy się chwilę po okolicy, bo i tak trzeba było zmienić autobus. Wypiłam nie-pyszną kawę za 4,5 euro, wszystko co tutaj pod Akropolem sprzedawano do picia było po 4,5 euro. Przede mną dziewczyna zamówiła piwo – 4,5 euro, kolejna osoba jakiś napój – też 4,5 euro, za mną ktoś brał lemoniadę – też 4,5 euro, ktoś inny colę – to samo.

Wracamy do autobusu i jedziemy nim do samego centrum. Akurat odbywały się jakieś demonstracje, ulice były pozamykane, pełno wszędzie Policji i masakryczne korki. Wysiadamy przy Parlamencie i akurat natrafiliśmy na zmianę warty. Udało mi się to wszystko sfilmować i jak czas mi pozwoli, to zmajstruję filmik – bo chyba ze względu na te demonstracje była to wersja skrócona i zupełnie inna niż ta, którą pamiętałam z dzieciństwa.

Obok Parlamentu rozciąga się olbrzymi Park, po którym kiedyś biegałam. Wracamy na przystanek – fajnie jak na jednym bilecie można tak sobie wsiadać i wysiadać. Niestety nic w tej chwili nie jeździ! Nasz autobus również. Wszędzie zrobiło się tak pusto, a przed chwilą jeszcze był tutaj ogromny korek. Mimo że mamy mapę, to pytamy się jak daleko jest do placu Omonii i okazuje się, że jakieś 15 minut spacerkiem – to nie czekamy na autobus, bo i tak nie wiadomo kiedy przyjedzie. Idziemy..

Ale nasz spacerek ulicą Panepistimiou nieco przedłużył się, ponieważ właśnie tamtędy szła demonstracja, poza tym zrobiliśmy sobie przerwę na kukurydzę z grilla, na przepyszne ciasto ze szpinakiem i pyszną oczywiście grecką kawę. Mijając po drodze Cathedral of Agios Dionysios of Areopagitis i grecką Bibliotekę Narodową, w końcu doszliśmy do skrzyżowania ulicy Panepistimiou z Benaki – tu kiedyś mieszkałam z rodzicami całe wakacje, ale kompletnie nic nie pamiętam. Czyżby sks? A może przez te 40 lat tak dużo się zmieniło?

Kolejny punkt – Omonia! Ten plac pamiętam bardzo dobrze, zawsze była tu ogromna fontanna, choć nie wiem czy to ta sama, ale plac wygląda bardzo znajomo. Ileż to razy jako mała dziewczynka biegałam tutaj. To tutaj często spędzaliśmy wieczory, to tutaj rodzice umawiali się ze znajomymi.

Zgłodnieliśmy. I od razu przed nami na wystawie wyskoczyły souvlaki, więc zamówiliśmy sobie po jednym z kurczaka i z wieprzowiny, ale zamiast tego dostaliśmy 4 pity z nimi! W życiu tego nie zjem.. Mąż zjadł swoje dwie, a ja nie dałam rady, więc jedną sprezentowałam jakiemuś biedaczysku, który siedział pod murkiem skulony tuż obok. A my znowu wsiedliśmy do żółtego autobusu i rozpoczęliśmy podróż w kierunku Portu Pireus.

Przez te demonstracje i to, że długi czas nic nie jeździło zrobiło się dość późno. Po drodze mijaliśmy jeszcze kilka ciekawych punktów, ale zwiedziliśmy już tylko troszeczkę Monastiraki i Plakę.

Ostatni autobus odjeżdżał spod samiuśkiego Akropolu o godz. 16:55 i to nim udaliśmy się już do Portu. Ktoś nam w międzyczasie doradził żebyśmy nie czekali do ostatniego autobusu, ponieważ jak będą korki, to możemy nie zdążyć dojechać na statek na czas. Lepiej było nie ryzykować, choć w każdej chwili mogliśmy wziąć taksówkę, ale.. gdyby były korki to czy taksówką czy autobusem pokonać trzeba przecież tą samą trasę.. Na Plaka zrobiliśmy jeszcze drobne zakupy, oliwę z oliwek Kalamata, obowiązkowo sól morską w znanym mi przez całe życie opakowaniu z napisem Kallas, przyprawy do tzatziki, które używam nie tylko do robienia tego przysmaku i cukierki Ouzo. Niestety z wnoszeniem alkoholu na pokład był problem, wszystko zabierali i mają oddać w ostatnim dniu lub słyszałam też, że jak się chce wnieść na pokład to trzeba zapłacić 15 euro tzw. korkowe.

Po wejściu na pokład tradycyjnie pierwsze kroki skierowaliśmy do palarni przy basenie  na 15 piętro, ale było zamknięte, więc wzięliśmy sobie po drinku i poszliśmy na 16 piętro poleżeć jeszcze chwilkę na leżakach i odsapnąć. Tu też można było palić.. Słońce jeszcze tak pięknie grzało, choć już powoli chowało się, a widok ze statku był obłędny..

Potem prysznic, chwila relaksu dla ciała i ducha i idziemy na kolację. Tym razem znowu idziemy do Shanghai-u – chyba najlepsze jedzenie na statku, przynajmniej dla nas – my uwielbiamy ThaiFood i każdego rodzaju azjatyckie jedzenie. Do tego tutaj było robione na naszych oczach. Ja sajgonki i spring Rolls-y oraz pyszną zupę z makaronem ryżowym, a mąż pierożki z krewetkami robione na parze, zupę z owocami morza i ryz smażony z krewetkami. No to teraz trzeba to wytańczyć! Na 8 piętrze grał dziś zespół Mango – jak przyszłam akurat grali Santanę.. uwielbiam tą muzykę!

Potem tradycyjnie, jak co wieczór poszliśmy na 16 piętro – tam od 22:30 zaczynało się Glow Party. Wszystkim rozdawano świecące pochodnie, błyskotki i świecące bransoletki. Zabawy nie było końca.. ale jutro dzień na morzu, nigdzie się rano nie zrywamy, a do tego znowu cofamy czas, więc śpimy o godzinę dłużej. Cudownie…………… i nie mam pojęcia o której wylądowaliśmy w kabinie, ale nie lubię patrzeć na zegarek, zwłaszcza na wakacjach. To był piękny dzień, pięknie zakończony, a na sam koniec pamiętam jeszcze, że w końcu wypiłam Saturn Landing.. no to Saturn wylądował! A teraz spać..

Dzień dziesiąty – 01.10.2021 – dzień na morzu – pogoda od rana cudowna! Oczywiście pierwsze co, to wyszłam na balkon.. śniadanie.. plażing przy basenie i wreszcie znalazłam czas na eksplorowanie statku. Z kasyna nie korzystamy, ale okazało się, że jest tutaj mnóstwo atrakcji! Nie będę się dużo rozpisywać, a zdjęcia same Wam pokażą jak wygląda dzienne życie na statku.. jak może wyglądać.. Oto kilka..

Wieczór zakończyliśmy na 16 piętrze przy akompaniamencie zespołu Seaside Duo.. jutro Neapol!

I płyniemy dalej.. w kierunku Neapolu…………………. a teraz spać..

Dzień jedenasty – 02.10.2021 – Neapol i Sorrento – i tu niestety już musieliśmy wykupić wycieczkę na statku, jeżeli chcieliśmy z niego w ogóle wyjść, a chcieliśmy bardzo.. takie rozporządzenia, że we Włoszech zakaz schodzenia samemu na ląd. No to wzięliśmy Neapol połączony z Sorrento i pizzą.. Meeting time był o godz. 8:15 w teatrze, a wycieczka miała trwać prawie 8 godzin. Cały teatr był wypełniony po brzegi ludźmi, ale nie wszyscy jechali na tą samą wycieczkę co my, więc po kolei zaczęli nas wywoływać. Poszło to dość sprawnie i szybko znaleźliśmy się w autokarze. Ruszamy do Sorrento. Autokar pełny. Wszyscy w maseczkach.

Droga była przepiękna, z wulkanem Wezuwiuszem w tle i wzdłuż Narodowego Parku. Minęliśmy Pompeje i dojechaliśmy do Sorrento.

Autobus zaparkował i ruszyliśmy Via Correale w stronę Piazza Tasso i tutaj mogliśmy iść z grupą na jakieś degustacje, ale woleliśmy sami, tak jak zawsze.. więc ruszyliśmy w głąb wąskich uliczek. Pierwsze wrażenie? Piękne miasteczko, pełno kafejek, sklepików i warsztatów rzemieślniczych i wszędzie Limoncello – to stąd podobno pochodzi to najsłynniejsze. Limonoro, limonce, limoncello..

Oczywiście musiałam spróbować kawy, więc skręciliśmy w jakąś boczną uliczkę, a tam mała kafejka Bar Danielle zaserwował mi naprawdę cudeńko, małe, czarne i mocne!

Pełno owoców, opuncje, mango, pomarańcze, granaty ale i papryczki, orzechy, jabłka. Skarpetki z Maradoną! Obrusy, fartuszki i wszystko w cytryny. La dolce Vita! Mąż sobie zażyczył zdjęcie z ‘kumplami’ i idziemy dalej Strada Tasso. Przeszliśmy na kolejną uliczkę, jeszcze bardziej urokliwą.

Minęliśmy kilka kościołów, restauracji i kolejnych sklepików, pięknych willi. Minęliśmy pomnik San Giovanni Paolo II przy którym stał olbrzymi kościół, do którego weszłam na chwilę i zaczęliśmy pomału kierować się z powrotem w miejsce zbiórki – mieliśmy tutaj tylko 1,5 godzinki, a czas zleciał błyskawicznie.

Jeszcze kilka zdjęć, widok na niesamowitą drogę w dole Via Luigi de Maio i wracamy do autobusu..

Po drodze weszliśmy jeszcze na degustację limoncello do I Giardini di Cataldo, gdzie kupiłam 2 śliczne kieliszki – będziemy się w domu rozkoszować limoncello z nich i wspominać Sorrento. Wsiadamy do autobusu i pomału kierujemy się do Neapolu. Po drodze przewodnik cały czas mówił o historii i ciekawych miejscach, które mijaliśmy więc podróż zleciała dość szybko. A widoki za oknem? Cudowne!

Do Neapolu mieliśmy jakieś 50 km po dość wąskich i krętych dróżkach. Długie tunele, palmy, góry, morze, pranie wywieszone na balkonach, piękne sosny, szklarnie i jesteśmy w Neapolu. Teraz kierowca wspina się ostro pod górkę. Nie będę się rozpisywać o miejscach czy obiektach, które mijaliśmy, ale zdjęcia mam nadzieję, że oddadzą choć trochę klimat tego co widzieliśmy. Zawsze słyszałam, że Neapol jest bardzo brudny. Nie widziałam walających się śmieci, przepełnionych kubłów, ani jakichś specjalnych wysypisk. Ogólnie Neapol zrobił na mnie pozytywne wrażenie, choć zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie zobaczyłam może jedną setną jego albo i mniej.. Dojechaliśmy na samą górę. Wysiadamy.. ależ stąd były widoki! Zdjęcia nie oddadzą tego……

Zakaz chodzenia samemu spowodował to, że wszędzie wożono nas autobusem i robiono jedynie krótkie przystanki, a na koniec pojechaliśmy na pizzę do SOLOPIZZA – lokal usytuowany pod bardzo starym kościołem Chiesa Di S. Giorgio Dei Genovesi z 1525 roku! I w jego podziemiach przy ulicy Via Medina znajdowała się ta pizzeria. Bardzo klimatyczne miejsce. Każdy z nas miał dostać jedną całą pizzę. Była ogromna i bardzo dobra, choć to tylko zwykła Margarita. Ale tutaj przeżyliśmy coś niesamowitego.. Kelner Carlo jak zobaczył koszulkę na moim mężu z Maradoną, to podszedł, ukląkł, przeżegnał się, pocałował swoją dłoń i przyłożył ją do klatki mojego męża, na zdjęcie Maradony. Cała grupa zaniemówiła. A mój mąż długo nie czekając zdjął swoją koszulkę i podarował kelnerowi……….. wszyscy zaczęli klaskać. Carlo chyba chciał się jakoś odwdzięczyć za ten gest i przyniósł 2 butelki, w jednej było limoncello, a w drugiej meloncello i powiedział, że chciałby nas ugościć i żeby każdy sobie wybrał co chce spróbować. Od razu napoje otrzymały nazwę: żółte lomincello to było Pele, a pomarańczowe meloncello Maradona.. ja nie mogłam się zdecydować, więc dostałam oba.. plus kawę, a potem jeszcze dolewkę, bo meloncello piłam pierwszy raz, ale bardzo mi posmakowało. Długo tutaj siedzieliśmy..

..a potem już tylko poszliśmy do autobusu, który zawiózł nas do portu.

Bardzo chciałam kupić butelkę tego meloncello, bo nie widziałam czegoś takiego u nas, więc ruszyliśmy jeszcze na drobne zakupy w porcie. Udało się zakupić i meloncello i limoncello w przepięknej butelce w kształcie księżyca – ale wchodząc na pokład statku obie butelki musieliśmy oddać do depozytu. Podróże kształcą – doszedł do mnie kolejny, nowy smak – jak nie próbowaliście meloncello to zachęcam – to naprawdę Maradona tych CELLO…………. Wieczorem jeszcze tradycyjnie kolacja, tym razem w Garden Buffet na 15 piętrze i zabawa do 1.. czy 2.. To był fajny dzień, choć zdecydowanie wolimy zwiedzać samemu i po swojemu. Odpływając zrobiłam jeszcze te zdjęcia.. bye bye Naples.. and see you next time….

Tego dnia wieczorem postanowiłam jeszcze przejść się po statku i zobaczyć miejsca, w których jeszcze nie byłam, albo i byłam, ale chciałam uwiecznić je na fotografiach.. w końcu to nasz przedostatni wieczór tutaj.. a jutro wieczorem czeka nas pakowanie.. i powiem Wam, że chyba ze względu na to, że jest to czas pandemii, to w większości miejsc było pusto i to nie dlatego, że był środek nocy, ale dlatego, że statek nie był w 100% obłożony.. ale to też miało swój urok…………..

Trochę się też naszukałam męża……… w końcu ten statek miał 18 pokładów i ponad 300m długości, ale w końcu go znalazłam jak rozmawiał z naszym Morganem Freeman-em, który też tutaj wybrał się na wakacje…………………………… Gdzie go znalazłam? Oczywiście w palarni – smoking connecting people..

Tego wieczoru poznaliśmy jeszcze fantastyczne małżeństwo z miejsca, o którym nie wiedziałam, że w ogóle takie istnieje.. na pamiątkę naszego spotkania otrzymaliśmy od nich takie coś……………….. Wiecie gdzie jest Isle of Man? Ja już wiem..

Jeżeli spodobała Ci się moja relacja z tych 3 dni w sumie 12-dniowego rejsu po Morzu Śródziemnym, to zapraszam Cię do przeczytania i obejrzenia relacji z kolejnych części.. tutaj część I:

Część II:

Część III:

Część IV właśnie przeczytałaś/-eś, a tutaj znajdziesz ciąg dalszy, czyli część V i ostatnią:

Dodaj komentarz